2018-06-22     Pauliny, Sabiny, Tomasza     "Radość jest potrzebą, siłą i wartością życia". Johannes Keppler    

WSPOMNIENIA PETRONELI WŁADYGA Z D. RUSIECKA ZE WSI SWOJCZÓW W POW. WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI NA WOŁYNIU 1930 – 1945

WSPOMNIENIA PETRONELI WŁADYGA

Z D. RUSIECKA ZE WSI SWOJCZÓW W POW. WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI NA WOŁYNIU 1930 – 1945

                                                                                                              30.12.2011 r. Glasgow Scotland

                                                                                                              Uroczystość Świętej Rodziny

Sławomir Tomasz Roch

rycerzniebieski@wp.pl

„[...] Rankiem 31 sierpnia docieramy do przedmieść miasta, a oto podąża w naszym kierunku niemiecka żandarmeria na dwukółkach (rodzaj rzymskiego rydwanu). Tarcze pobłyskują na ich piersiach, a ciągnie ich czterech Żydów, zaprzężonych niczym konie. Pytają nas niby: „Skąd wy przychodzicie, czy aby nie spod ukraińskiej siekiery?”, jakby nie wiedzieli, co się dzieje w terenie. I oto widzę, dobrze rozpartych, butnych Niemców, którzy niejako z politowaniem, kręcą głowami nad naszym nieciekawym losem. Myślę sobie w sercu: „Widziałby kto, jak oni nas oto żałują, a nie biorą pod uwagę, że to właśnie z ich przyczyny, że to osobiście w dużej mierze ich wina, naszej nieludzkiej klęski i obecnych cierpień.”. Byłam młoda, ale tyle mogłam już pojąć, by rozpoznać skażone owoce ich wilczej polityki, by mieć to przekonanie o niemieckiej winie, by nie mieć złudzeń w obliczu naszego obecnego nieszczęścia. [...]” . Petronela Władyga - Rusiecka

 

 

WSPOMNIENIA PETRONELI WŁADYGA

Z D. RUSIECKA ZE WSI SWOJCZÓW W POW. WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI NA WOŁYNIU 1930 – 1945

 

Nazywam się Petronela Władyga - Rusiecka, mam 79 lat, mieszkam w Zamościu przy ulicy Sadowej 4/28, powiat Zamość, woj. Lubelskie. Urodziłam się 01 sierpnia 1925 r. we wsi Swojczów, gm. Werba, powiat Włodzimierz Wołyński, woj. Wołyńskie. Mój tatuś miał na imię Andrzej Rusiecki, jego rodzice to Karol i Karolina z d. Bedychaj. Moja mama miała na imię Bronisława z d. Lipina, a jej rodzice to Jan i Agata. Moja rodzina była i jest polska, dość liczna, miałam dwóch braci i pięć rodzonych sióstr. Najstarsza była Zofia ur. w roku 1922, drugi był Kazimierz, niestety zmarł, gdy miał tylko 6 latek, jego ciało zostało złożone na nowym cmentarzu w Swojczowie. Jako trzecia urodziłam się właśnie ja, po mnie urodziły się jeszcze: Jadwiga (1927),  Marianna (06 kwietnia 1930), Kazimiera (1933), Piotr (1935), Janina (1939). Ostatnia nasza siostra zmarła, niestety podczas porodu, było to roku 1941. Zatem miałam dużą rodzinę, a co za tym idzie naprawdę radosne dzieciństwo.

Swojczów znajduje się na Kresach Wschodnich, 17 km na wschód od Włodzimierza Wołyńskiego i 5 km na południe od rzeki Turii. Swojczów położony jest na rozległej równinie, na żyznej ziemi, czarno-ziem i lessy. Otoczony był olbrzymimi lasami, przeważnie liściastymi. Lasy te ciągnęły się przez całe Polesie, łączyły się z Puszczą Białowieską i przechodziły, aż na Litwę. O nazwie Swojczowa krążą dwie legendy. Jedna z nich mówi: „Dawno, dawno temu wśród lasów, znajdowała się wioska zamieszkała przez zasobnych i pracowitych ludzi, na nich napadały często bandy, rabując i niszcząc zabudowania. Ludność wiejska często wystawiała warty, pilnując i broniąc dobytku. Warty miały swoje hasło, na zapytanie: ‘Stój! Kto idzie?!’, zapytany odpowiadał: ‘Swój!’ , odzew brzmiał: ‘Czuwaj!’. Druga legenda mówi, że: „Wśród wioski na dużym, starym drzewie lipie ukazała się Matka Boska z dzieciątkiem Jezus na ręku, a przy niej Anioł z mieczem, który jak podają ludzie, miał przemówić tymi oto słowami: ‘Swoi czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny!’.”. Po pewnym czasie, ludzie wybudowali na tym miejscu drewniany kościółek, w nim umieścili obraz Matki Boskiej Swojczowskiej, a samą wioskę nazwano od hasła: „Swoi-czuwajcie” , właśnie Swojczowem.

 

PRZENIKANIE SIĘ KULTUR

Sprzyjające warunki dla rozwoju osadnictwa, przyciągały dużo osadników, którzy ochoczo osiedlali się na tych ziemiach. Dlatego Wołyń, a także nasza Ziemia Swojczowska, były zamieszkane przez różne narodowości, w tym: Polaków, Ukraińców, Niemców, Żydów, Czechów i Rosjan. Pomimo tak żyznej gleby, bogatych lasów liściastych i bogatej kultury, tereny tamte były zaniedbane, a przy tym zniszczone przez liczne wojny i bitwy. Dla przykładu: przed pierwszą wojną światową, ziemia ta była pod zaborem rosyjskim, przy czym rząd carski, nie tylko nie interesował się kulturą i wzrostem gospodarczym tych stron, ale jeszcze gnębił tamtejszą ludność, wzmożoną rusyfikacją. Jest to także czas, kiedy miejscowa ludność, może z przekory, a może i z konieczności, wzorowała się na cudzoziemcach. Pamiętam jak jeszcze mój dziadek opowiadał, że niedaleko nas w Dazwie, była osada kolonii czeskiej. Ta mała grupa Czechów pokazała, jak ekonomicznie i bogato, można żyć na tym skrawku ziemi.

Nasza miejscowość Swojczów, była zamieszkana w większości przez Polaków, choć Ukraińców też było dużo, szczególnie od szkoły w kierunku na Włodzimierz Wołyński. Było u nas też dużo Niemców, zamieszkiwali przede wszystkim w kolonii Boża Wola, łączącej się właściwie z naszą wsią oraz na drugiej kolonii, nazywanej Wandowola. W tej drugiej kolonii, była nawet niemiecka kircha do której przyjeżdżał protestancki pastor. Niemieccy gospodarze często wspomagali się, gospodarstwa ich były ładne i czyste, a przy tym mieli swój młyn i założyli mleczarnię. Należy wspomnieć i to, że to właśnie nasi Niemcy, jako pierwsi założyli spółdzielnię „Społem” i to właśnie oni, byli jej pierwszymi członkami. Żydzi na ten czas, trudnili się przeważnie handlem. Tak też spokojnie, bez większych wydarzeń historycznych, ani bez większych klęsk żywiołowych, upływało życie, aż po wybuch I wojny światowej, która rozpętała pożogę w całej Europie.

 

BYŁAM ŻYWOTNA. WSZĘDZIE BYŁO MNIE PEŁNO

Dla Królestwa Niebieskiego narodziłam się w kat. kościele p.w. Narodzenia NMP w Swojczowie. Moim ojcem chrzestnym, był nasz organista, a mamą chrzestną jego przyjaciółka. Od najmłodszych lat, właściwie od kiedy pamiętam, byłam dzieckiem ruchliwym i dość żywym, b. lubianym w naszej rodzinie. I gdy wiele dzieci chorowało i to dość często, ja byłam silna, zdrowa, a przy tym niezwykle ciekawa życia, dlatego nosiło mnie wszędzie. Raz pływałam w naszej sadzawce, blisko domu, to znowu jeździłam na naszym baranie , a nawet potrafiłam dosiąść naszej krasuli. Zdarzało się więc niekiedy, że nasi sąsiedzi powiadali do moich rodziców: „O jaka ona fajna. My też byśmy chcieli mieć takie dziecko.” .  Z drugiej strony, było ze mnie niezłe ziółko, jak się niekiedy zaszyłam, dla przykładu na naszym stryszku, to nikt długo nie mógł mnie znaleźć. Spałam tam smacznie całe godziny, gdy w tym samym czasie, już gorączkowo szukano mnie po wsi, a nawet po całej okolicy, afera była zaraz na całego.

Moje żywe usposobienie sprawiało, że od najmłodszych lat miałam wielu kolegów i koleżanek, ale tylko w szkole bowiem w domu panowała dyscyplina. Nasz tata Andrzej nie zezwalał, abyśmy zbyt wolno fruwały z innymi dziećmi, miał po prostu takie swoje zasady. Miałam zatem, jaki to się mówi charakterek i gdy po wojnie, spotkałam w Otwocku na Odpuście, kolegę z jednej klasy Wacława Dobrowolskiego była „draka”. Opowiadał mi bowiem tak: „Jak nie chciałem się Ciebie raz posłuchać, to nabiłaś mnie wtedy ruzgą!”. Co prawada ja już tego nie pamiętałam, ale on owszem i to b. dobrze, no cóż; taka właśnie byłam.

 

MIAŁAM TO SZCZĘŚCIE MIEĆ DOBREGO OJCA

                Ojciec nasz Andrzej Rusiecki miał 46 lat i dość liczną rodzinę, dlatego ciężko pracował, byśmy mieli zapewniony byt i w miarę dobre wykształcenie. A mając patent kupca, trudnił się dochodowym handlem: skupował ładne konie dla wojska, świnie na handel za granicą i na potrzeby krajowe. Swoje interesy prowadził dobrze i uczciwie, gdyż był znany w okolicy, jako solidny, przez Ukraińców zwany: „żetelny”. Po temu cieszył się uznaniem i często znadował pomoc od samych Ukraińców. W przyszłości właśnie to w poważnym stopniu zaważyło na decyzji, o ocaleniu naszej rodziny od zagłady, gdy przyszło do rzezi ludności polskiej w Swojczowie.

Sprawna administracja państwa i dobra atmosfera w szkole, ma zasadniczy wpływ na właściwe ukształtowanie młodego człowieka, nic jednak nie może zastąpić w tym wielkim dziele naturalnych rodziców. Dziś fakt ten na różne sposoby potwierdza, już nie tylko tradycja, religia, czy historia narodu, ale nawet ustalenia szeroko pojmowanej nauki, w tym najważniejszych kierunków: pschologii i socjologii. Ja miałam to szczęście, mieć dobrych rodziców, a mogłam się o tym przekonać wielokrotnie i w bardzo różnych sytuacjach. Ale nawet Oni z kolei zawdzięczają swoją dobroć i mądrość, własnym rodzicom, a moim już dziadkom. I dziasiaj po 60 – ciu już latach, chcę opisać i zaświadczyć, że w życiu nic się nie dzieje, bez woli Bożej.

            Rodzina Rusieckich w mojej pamięci zapisała się, jako głęboko wierząca i praktykująca. Dziadka Karola, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, często widywałam modlącego się z różańcem w ręku, jak przechodził się po naszym polu. Babcia z kolei znana była w okolicy, jako „dobroduszna”, mówiło się że nikogo z domu nie wypuściła głodnego, bez nakarmienia i bez wsparcia. Moja mama Bronisława Rusiecka z d. Lipina, była osobą bardzo gorliwą i ciągle, aż po dzień śmierci kochającą modlitwę. Opowiadała mi, że jej dziadek, jeszcze za carskiej Rosji, miał w kamienicy w podziemiu, w Turopinie na Wołyniu: kaplicę i polską szkołę. To właśnie w tej szkółce pobierała nauki, także nasza mama Bronisława, która powiła potem ojcu ośmioro dzieci, w tym i mnie.

Byłam ukochaną wnuczką dziadka, gdyż dziadek swojej córy nie miał, za to miał sześciu synów. Po temu wzięli sobie z babcią na wychowanie sierotę Marię, którą wszyscy synowie dziadka i babci, musieli uznać z serca za swoją siostrę. Nic zatem dziwnego, że bywałam przez dziadka, babcię i wszystkich stryjów, nadwyraz rozpieszczana, to z kolei zaowocowało i tym, że wyrosła ze mnie żywa i dość psotna dziewucha. Przy tym wszystkim z woli Bożej Opatrzności bardzo wcześnie zmarł mój braciszek Kazio i to ja właśnie, zastępowałam ojcu teraz syna, co miało swoje, rzecz jasna przełożenie na musztrę i twarde wychowanie.

Dobrze pamiętam, jak potrafił mnie karcić, gdy coś nabroiłam, a ćwiczyć przy tym w cnocie posłuszeństwa. Zwykle był to „klaps” , a potem kazał ojciec klękać i modlić się w głos. A ja żegnając się mówiłam niewyraźnie: „Wymię Ojca i Syna....” . A ojciec na to surowo: „Módl się wyraźnie!”. A ja z płaczem znowu powtarzałam: „Wymię Ojca i Syna....”. Kończyło się to drugim klapsem i drugim ojcowskim: „Mów wyraźnie! W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.....”, robił przy tym ładny znak krzyża . Ojciec wymagał od nas wszystkich, ładnej i wyraźnej modlitwy, a nie seplenienia, coś tam sobie pod nosem.

 

RORATY

Zakorzeniona religijność w naszej rodzinie, sprawiała że wszystkie ważne święta kościelne w roku, były obchodzone uroczyście i z należytym uszanowaniem. Naturalnie specjalne przygotowania czyniono w Wielki Post przed Zmartwychwstaniem Pańskim oraz na Matki Bożej Siewnej 08 września, gdyż w tym dniu przypadał nasz Odpust parafialny. Trzydniowy Odpust w Swojczowie, był wydarzeniem znanym w całej okolicy, a nasza wieś zamieniała się w małe i gwarne miasteczko, tak wielu przybywało gości i pielgrzymów. Młodzież nasza bawiła się w najlepsze, a dzieci piszczały z radości, gdy wokół naszego kościoła rozkładali się kupcy, przywożać z sobą „cuda niewidy” . Jarmark Swojczowski cieszył się w tych dniach, wielkim zainteresowaniem ludzi z wielu stron.

Może najbardziej jednak oczekiwanym świętem w naszej rodzinie, było Boże Narodzenie, a to z uwagi na wyjątkowo ciepły charakter tych dni. Wciąż stają mi przed oczyma tamte piękne zimowe wieczory, rodzinne spotkania i pięknie śpiewane kolędy. Tradycje polskie kultywowane w naszym domu, a przekazywane z pokolenia na pokolenie, wyryły b. trwały znak pamięci w moim sercu. Dziś widzę, że nie byłoby to możliwe, gdyby nie to przywiązanie Kresowian do żywej, kresowej religijności, a wyrażało się to na b. wiele sposobów i w przeróżnych formach. Zdarzało się, że starsi ludzie w naszych stronach mawiali: „Módl się i pracuj, a Bóg da ci niebo.”, albo „Kto rankiem wstaje, temu Bozia daje.” .

Może także dlatego z wielu nabożeństw kościelnych, specjalnie zapamiętałam grudniowe Roraty, lubiane nie tylko w naszej rodzinie, ale przez b. wielu naszych parafian. Marianna moja młodsza siostra, zwana potocznie Marysią, tak o tym wspomina: „Do naszego kościoła katolickiego miałam z domu około 300 m . Bywałam tam często, gdyż nasz tatuś Andrzej b. pilnował, abyśmy do Kościoła chodziły. Pamiętam, że często szły starsze siostry, a ja szłam z nimi. Czasami zabierała mnie ze sobą ciocia Marianna Lipina, ale lubiłam tam chodzić nawet sama. Chodziłam nawet na Roraty. Raniutko wstawałyśmy, jeszcze było ciemno na dworze, ja i siostry, a my po cichutku na paluszkach, wymykałyśmy się z domu, aby śpiewać piękne pieśni Matce Bożej. Na dworze mróz, więc goniłyśmy, aby szybciej do kościoła. Było tam już zwykle trochę ludzi, zgromadzonych przy balustradzie, otaczającej Ołtarz główny z trzech stron. Klęcząc śpiewaliśmy uroczyście Roraty przed cudownym obrazem Królowej Swojczowa.” .

W innym zaś miejscu wspomina ojca, ale uwydatnia przy tym zalety naszej mamy Bronisławy: „Mój tato Andrzej zwany pospolicie w okolicy ‘Jędruszko’, był człowiekiem znanym i ogólnie szanowanym, szczególnie wśród swoich rówieśników. Jako osoba dość apodyktyczna, a zarazem nerwowa, potrafił być niekiedy zbuntowany, gdy uznał, że ktoś czyni źle i postępuje niegodnie. Generalnie rzecz biorąc był człowiekiem dobrym, prawym, a przede wszystkim uczciwym. Jednak wady narażały go w życiu na różne trudności, nie tylko w życiu osobistym, ale także w relacjach z innymi ludźmi. Mama miała z naszym tatem duży Krzyż, ale żyła i trwała, nasza mama była świętą osobą.”.

 

            PŁONIE OGNISKO I SZUMIĄ KNIEJE.....

            Szkoła w Swojczowie była 7 – klasowa i stała na wysokim poziomie, dlatego b. lubiłam chodzić do szkoły, odczuwałam tam, taką wielką swobodę. Nawet kiedy byłam chora i właściwie powinnam zostać w domu, prosiłam zawsze gorąco rodziców, aby mnie puścili, mówiłam zwykle wtedy: „Mamo już jestem zdrowa, czy mogę iść do szkoły?”. I zwykle mi się udawało, może także dlatego mówiono: „Mała Rusiecka nigdy nie choruje.”. Tylko że prawada, była oczywiście inna, ale ja i tak goniłam do szkoły, gdy inni zostawali w domach. Miałam zdolność do przedmiotów ścisłych, a szczególnie do matematyki. Porywała mnie geografia, lubiłam również b. historię. Mieliśmy przed wojną szczęście do dobrych nauczycieli, to byli wielcy patrioci i ludzie o prawych charakterach. Wyczuwaliśmy, że lubią nas, że lubią młodzież.

Moją wychowawczynią była Helena Pisulanka, Polka która jeszcze przed wojną wyszła za mąż za kierownika naszej szkoły Stefana Stępień. Nasi nauczyciele gorąco zabiegali, abyśmy chętnie zapisywali się do polskiego harcerstwa. W tym celu były organizowane spotkania w naszej szkole, na których uczono nas, jak być dobrym zuchem i harcerzem. Najczęściej nauki te i ćwiczenia, były podczas zbiórek, organizowanych w szkole, już po lekcjach. Nie były obowiązkowe, ale ja oczywiście zapisałam się także, to było nie do pomyślenia, bym ja nie należała do tej organizacji. Imponowało mi tam, dużo ruchu, wycieczki w teren, a także krzewienie miłości do naszej ojczyzny, narodu i historii. Poza tym moja starsza siostra Zosia, była nawet drużynową i wiele dziewcząt się jej słuchało. Pamiętam jak bardzo mi się podobały nasze piękne mundurki, na których były polskie orzełki i harcerskie lilijki. Pamiętam te piękne pieśni, które śpiewaliśmy przy ogniskach, które paliliśmy w lesie na wyrębie. Właśnie tam, gdzie po latach ukazała mi się Matka Boża, ale w jakże już innych, dramatycznych okolicznościach.

            Najczęściej prowadził nas do lasu pan Stanisławski, Polak który uczył nas także gimnastyki i śpiewu. Niekiedy zapuszczaliśmy się także w lasy w okolicach Tumina. Harcerstwo w naszej szkole założył i dalej prowadził pan Olejniczak i to on także w ostatnich latach przed wojną, zorganizował elitarną organizację „Orlęta”. Należeli do niej uczniowie naszej szkoły, byli harcerze, wszechstronnie przygotowani i wyćwiczeni. Właściwie wszyscy musieliśmy być b. sprawni fizycznie, gdyż kontrolowano to przez specjalne egzaminy, które trzeba było zaliczać. Tę patriotyczną postawę i tak cenną pracę, pan Olejniczak przypłacił życiem bowiem Sowieci, zaraz po przyjściu do Swojczowa zabili go. Pozostali nasi nauczyciele podobno zostali wywiezini na Syberię, choć dyrektor Stępień, jak się mówiło, zołał uciec, niektórzy wyjechali w inne strony wcześniej.

           

            PATRIOTYCZNE WYCHOWANIE

            Nauczyciele polscy rozbudzali w dzieciach i w młodzieży szkolnej wielką miłość i patriotyzm, do tak długo okupowanej Ojczyzny. Po temu gorąco zabiegano byśmy dobrze znali przebieg ostatniej I wojny światowej oraz wcześniejszych powstań narodowych. Uczono nas, że w zmaganiach wojennych przez nasze tereny kilkakrotnie przechodził morderczy front. Toczyły się b. zacięte walki między Rosjanami, a Austriakami, powstającymi po stuletniej niewoli Polakami, a Ukraińcami, którzy również marzyli o „Samostijnej Ukrainie” . Krzewiono żywy kult i pamięć o ofierze płk Lisa – Kuli , który dzielnie walczył w naszych stronach i na ołtarzu niepodległości, złożył najwyższy dar ze swego życia. Nasza młodzież na jego cześć śpiewała piosenki, do dziś pamiętam jedną z nich:

 

            „gdy ruszył na wojenkę miał siedemnaście lat,

                a serce gorejące, a lica miał jak kwiat,

                młodzieńczą jeszcze duszę i wątłe ramię miał,

                gdy w krwawej zawierusze, szedł szukać mąk i chwał.

                Gdy ruszył w bój ostatni miał lat dwadzieścia dwa,

                a sławę bohaterską, a moc i dumę lwa.

                Świstnęła mała kulka i grób wyryła mu,

                bohaterowi łoże posłała wieczne tu.

                Czy wiecie wy żołnierze, kto miał tak piękny zgon?

                Kto tak ojczyźnie służył, czy wiecie kto był On?

                Otwórzcie złotą księgę, gdzie bohaterów spis,

                na czele jej widnieje, pułkownik Kula – Lis.”

 

            Bohaterowi o którym śpiewaliśmy tę pieśń, przydzielono pośmiertnie w sąsiedniej miejscowości Kohylnie majątek, na którym jego matka gospodarowała aż po wybuch II wojny światowej we wrześniu 1939 r.. Także nasz dziadzio lubił snuć różne opowieści z dawnych lat. Dla przykładu, pamiętam historię powstania na Wołyniu miejscowości Kołki. Dziadzio mówił tak: „Kiedy Marszałek Piłsudski i polskie oddziały toczyli bitwy na Wołyniu z bolszewikami, ludność wiejska ochoczo wspierała te zbrojne działania. Prawdopodobnie w jednej z wiosek, pod lasem, kiedy bolszewicy zamierzali otoczyć naszych żołnierzy, ludność spontanicznie rzuciła się do walki. I choć chłopi mieli za broń, jedynie kołki, odpędzlili z powodzeniem wroga, ‘czerwoną zarazę’. Na pamiątkę tamtego zdarzenia, miejscowość ta została nazwana przez Marszałka Piłsudskiego właśnie ‘Kołki’, a ludność tej wsi w nagrodę, przez pewien czas otrzymywała od państwa różne przywileje.”.

            Faktem jest, że po zakończeniu działań wojennych I wojny światowej Marszałek Piłsudski osiedlił część wyróżnionych Legionistów na Kresach Wschodnich. Osadnicy Ci otrzymali pewne przywileje jak: nadanie im bezpłatnie ziemi po parcelacjach majątków ziemskich, korzystanie bezpłatnie z kasy chorych. Także inwalidzi wojenni otrzymywali przywileje, takie jak: koncesje na prowadzenie różnych wyszynków z monopolem państwowym – jak wyroby alkoholowe i tytoniowe. Mimo wszystko, co trzeba mocno podkreślić, poszczególne rządy II Rzeczypospolitej, były dość liberalne i pomimo bogactwa różnych narodowości, wszystkim jednakowo, nadawane były uprawnienia. I chociaż rząd zabiegał, aby wszystkich traktować jednakowo, między ludnością zaczynały się antagonizmy na tle naradowościowym. Objawiało się to nie tylko w złośliwych piosenkach, różnych kawałach propagandowych, czy plakatach jak: „nie kupuj u Żyda.”, ale często dochodziło nawet do bójek. I właśnie przeciw tym nieporozumieniom wychodziła polska szkoła, ona jednoczyła nas wszystkich. Szkoły prowadzone były w różnych językach tak, że każdy mógł się uczyć we własnym języku ojczystym. Mówię to z przekonaniem: inne narodowości były traktowane za przeróżne przewinienia, bardziej tolerancyjnie niż sami Polacy. Polak w Polsce musiał świecić przykładem i zakładano, że można od niego wymagać więcej.

 

            WOJSKOWE TRADYCJE

            Świadoma praca polskich nauczycieli na Wołyniu wśród dzieci i młodzieży owocowała miłością do tak długo okupowanej Ojczyzny oraz zainteresowaniem tradycjami i chlubą oręża polskiego. Nic dziwnego, że młodzi ludzie garnęli się do licznych organizacji w naszej szkole, takich jak: Zuchy, Harcerze, Orlęta. A dalej, w szkole średniej, odpowiednio „PW” oraz „Strzelcy”, którzy skupiali młodzież pozaszkolną. Poza tym sprawnie działały także: Akcja Katolicka i Straż Pożarna. Właśnie te podmioty kształtowały charkter młodzieży, z której potem rekrutowało się wojsko przedwojennej Polski. Naczelne dowództwo wojska sładało się przeważnie z byłych legionistów i ochotników do armii. Żołnierz tamtej Polski, tak właśnie wychowany i ukształtowany, powtarzał w uniesieniu z wiarą: „Będziemy walczyć o każdy skrawek ziemi, nie damy nawet guzika od swego munduru.”. Wielu z nich nie spodziewało się zapewne, że tak szybko usłyszą o wybuchu nowej wojny światowej. Nie przeczuwali, jak szybko przekonają się o wielkiej klęsce i ciężkiej niewoli naszego Narodu. Oto bowiem pomimo odwagi i bojowości, jaką cieszyło się nasze wojsko, nie byliśmy w stanie oprzeć się armii hitlerowskiej, która była wyposażona w bardzo nowoczesny sprzęt wojskowy, w tym: samoloty, czołgi, zmotoryzowaną piechotę. Niestety takich możliwości, młode państwo polskie mieć nie mogło i nie miało, a właśnie na to liczył w swych niecnych kalkulacjach Hitler.

            We Włodzimierzu Wołyńskim, najbliższym miasteczku powiatowym, stacjonował 23 Pułk Piechoty, Szkoła Podchorążych oraz 27 Pułk Artylerii. Żołnierze tych właśnie pododdziałów przybyli 01 lipca 1939 r. do naszej wsi na wojskowe manewry i obozowali po stodołach. Byli u nas na ćwiczeniach, aż do chwili wybuchu II wojny światowej. Byłam wtedy zaledwie 14 – letnią dziewczyną i chociaż nie orientowałam się w sytuacji politycznej II Rzeczpospolitej, to jednak można było wyczuć i zrozumieć rosnący niepokój, wśród polskich żołnierzy.

 

KU DEMONICZNEJ WOJNIE

Późnym latem 1939 r. rozpoczął się najbardziej tragiczny okres mojego życia. Dnia 28 sierpnia ogłoszono powszechną mobilizację, a 01 września już dowiedzieliśmy o wojnie z III Rzeszą Niemiecką. Niestety spełnił się najbardziej czarny scenariusz Kampanii Wrześniowej i Niemcy lotem błyskawicy przeszli przez niemal cały kraj, aż po rzekę Bug. W tym krótkim czasie, bo zaledwie 2 – tygodniowym, nasza wieś Swojczów, ewaukowana była czterokrotnie z uwagi na stanowiska wojskowe, właśnie do obrony linii rzeki Bug. Polscy mieszkańcy Swojczowa boleśnie odczuli także, pojawienie się w okolicy samych Niemców. Wieś jak i okolice położone wokół niej, były bowiem zamieszkane w większości przez kolonistów niemieckich, jak już wspominałam oraz przez Ukraińców. Na tym tle rodziły się różne bunty i nie było tygodnia, aby nie było jakiegoś bezprawia. Doszło nawet do tego, że już we wrześniu 1939 r., ojciec mój Andrzej Rusiecki, opuszczał nasz dom i chronił się razem z wojskiem polskim po lasach. Sytuacja stała się jeszcze bardziej dramatyczna, gdy 17 września Związek Radziecki uderzył na nas od wschodu. Od tej chwili nie było już możliwości ukrywania się nawet po lasach i ojciec nasz, zmuszony był ukrywać się w krzakach, rosnących wokół naszego domu.

            Niemcy po zawarciu rozejmu Polski ze Związkiem Radzieckim, chodzi o tajny pakt „Ribentrop – Mołotow”, wycofali się za rzekę Bug, a na nasze tereny wkroczyła armia sowiecka. Widok wojsk sowieckich zadziwił, był to bowiem żołnierz godny pożałowania, niskiego wzrostu i o lekko skośnych oczach. Ubrany był w długie szynele, podwiązane sznurkiem, na sznurkach wisiał także karabin nadziany bagnetem. Na głowie miał czapkę z czubem, a na nogach buty z cholewkami parcianymi, sfałdowane w harmonijkę. A taka to właśnie dzicz, wpadła do naszego gospodarstwa, dowodził Ukrainiec, który wskazał na nas mówiąc: „Oni mają broń!” .

Było to prawdą, ponieważ mój ojciec posiadał patent do handlowania, zatem praca jego była związana z częstymi wyjazdami, poza teren swego zamieszkania. W związku z tym miał on pozwolenie na noszenie broni, wydane przez Rząd polski, dla samoobrony przed rabusiami. Zatem pokazał polskie papiery, owe zezwolenie i spokojnie oddał broń sowieckim bojcom. Bojec odepchnął ojca, coś tam wykrzykując, zabrał broń i bez żadnego pokwitowania zaczął odjeżdżać. Wówczas ojciec prosił go o pokwitowanie oddania broni, wówczas bojec kopnął ojca, uderzył i krzyknął: „Udieraj!”. Dopiero dziadek wziął ze sobą pół litra wódki, bo u nas była karczma i razem z siostrą Zosią, pobiegli za odjeżdżającym bojcem. Po drodze błagali butnego sowieta o wydanie pokwitowania, mówiąc: „Majte wodku”, za nimi podążył  ojciec z drugą półlitrówką. Taka procesja za furmanką trwała 4 km, w końcu po wypiciu wódki, bojec łaskawie dał pokwitowanie zabrania broni. W tym czasie reszta sowieckich bojców plądrowała nasz dom, rwała w strzępy książki i atlasy szkolne i tak oto, rozpoczęła się nasza sowiecka gehenna.

 

            SOWIECKA GEHENNA

            Od pierwszego dnia pobytu sowietów w Swojczowie, swoje rządy zaczął zaprowadzać Związek Radziecki. Na początek powstały szkoły w języku ukraińskim, a władzę w urzędach przejęli Ukraińcy, wprowadzając język urzędowy ukraiński. Oprócz tego gwałtownie wprowadzano zmiany gospodarcze, takie jak: upaństwowienie młynów i zakładów pracy oraz przejmowanie dużych majątków, po byłych właścicielach ziemskich i zakładanie „słynnych” sowieckich kołchozów. Była to przemyślana strategia, konsekwentnie realizowana, aż po czerwiec 1941 r., zakładająca oficjalnie podniesienie poziomu gospodarczego i ekonomicznego tych Ziem. W rzeczywistości była to polityka rabunkowa, obliczona na maksymalną kontrolę nowych, przyłączonych terenów do ZSRR.

Była to klęska naszego, tak umiłowanego Wołynia. Najbardziej szkoda wypaczenia młodych serc i dusz ludzkich, gdyż u sowietów, darmo było szukać miłości jako cnoty, skoro nagminnie podważali szacunek, nawet do bliskich sobie osób. A wszystko w myśl „oświeconej” teorii marksistowskiej. Wmawiali nam także, że wg. nauki wielkiego Karola Darwina, człowiek pochodzi od małpy i do takiej małpy ma być podobny. Nauczali, że nowoczesny człowiek, „człowiek sowiecki”, ma się kierować instynktem zachowawczym, zupełnie tak jak zwierzęta, dusza jako taka to wymysł czarnych, a religia to opium dla ludzi. Zatem tak jak zwierzę bierzę się na postronek i wodzi się nim tam, gdzie się żywnie podoba, tak i z ludźmi. Jeśli zaś zwierzę stawia opór, to są od tego baty. I z taką oto postępową wiedźą, przyjechały do nas z Rosji nauczycielki, w berecikach, bluzkach koszulowych i w spódniczkach w pół łydek. Wszystkie tak jednakowo ubrane i rzec można, monotonnie, po sowiecku umundurowane. O dziwo same szybko dostrzegły jednak swoje „oświecone” ubóstwo i szbko zaczęły naśladować polskie kobiety w ubiorze i stylu. Wyfryzowały sobie głowy, ubrały się w nocne koszule damskie i tak przychodziły nawet na uroczyste bale. U tutejszej ludności wzbudzało to drwiny i żywy śmiech, zdradzały bowiem kompletny brak znajomości mody: nie odróżniając koszuli nocnej od zwykłej sukienki.

            Tak niestety było, jednak na Wołyniu mieliśmy z sowietami i Ukraińcami, problemy dużo większe. Ukraińcy spisywali bowiem na listy osoby, dla siebie niewygodne. Na listach znaleźli się wszyscy Polacy, piastujący w dawnej Polsce ważne urzędy i wyższe stanowiska, w tym: dowództwo wojskowe, policja, poczta, służba leśna i nauczyciele. Listy te Ukraińcy ochoczo przekazywali do ówczesnych sowieckich władz administracyjnych. W następstwie tego b. szkodliwego procederu, Sowieci wszystkich ludzi, ujętych na tych ukraińskich listach, wraz z całymi rodzinami, brutalnie wywozili w głąb Rosji i na Syberię. Pierwszy transport z tymi ludźmi, sowieci wywieźli wśród największych mrozów 10 lutego 1940 r. . Utkwiło mi to mocno w pamięci, ponieważ w tym transporcie, wywieziono także mojego stryjka Stanisława Rusieckiego, razem z jego 7 – miorgiem dzieci, aż do Archangielska.

            Ze Swojczowa wywieziono jeszcze w głąb Rosji, wiele innych rodzin polskich, w tym byłych policjantów: Gorczycę, Raczyńskiego, Burdowskiego i Michalskiego. Więcej nazwisk nie pamiętam, wiem tylko że na liście do pierwszej wywózki, był także nasz ojciec Andrzej Rusiecki i naturalnie cała nasza rodzina, lecz ktoś ojca z listy potajemnie skreślił. Skreślenie to uchroniło nas, co prawda od morderczej wywózki, ale skończyło się dla ojca, b. brutalnym przesłuchaniem. Urzędujące w Swojczowie NKWD zakwaterowało się niestety, w jednym ze skrzydeł naszego domu. Pamiętam, jak nocą zabrano ojca na pierwsze przesłuchanie, podczas których śledczy wymuszał na ojcu zeznania: kopniakami, biciem naganem po głowie i plecach, aż do zmęczenia. W trakcie znęcania się nad naszym ojcem sowiet zadawał zawsze te same pytania: „Kto i za co skreślił cię z listy, przeznaczonych do wywózki na Syberię?” . Na drugie przesłuchanie, jak mówił nam ojciec, zabrał ze sobą pół litra wódki, a gdy śledczy się upił, przesłuchanie się skończyło. Idąc za tym przykładem, na przyszłość zabierał ze sobą już spirytus, enakwudzista szybko się upijał, a ojciec zaraz szybko wymykał się do domu.

Ojciec poważnie obawiał się o nasz los, o swoje dzieci, szczególnie o dziewczynki: Zosię, Piotrusię i Jadzię, dlatego wysyłał nas do swojej matki. Babcia zaś skrzętnie chowała nas, zamykając w starym, narożnym pokoju. Doszło do tego, że ojciec zbudował dla nas specjalny schron nad oborą i stajniami, w którym często kryliśmy się przed prześladowcami i przed wciąż możliwą wywózką na straszną Syberię. Nasz ojciec całym sercem pragnął, żeby choć starsze dzieci wyratowały się od syberyjskiej gehenny, by zostały przy życiu. Tymczasem ten koszmar, był coraz bliżej, oto bowiem drugą listę wywózki na Sybir, przygotowano już na 23 czerwca 1941 r. i umieszczono na niej także nas.

 

            SOJUSZ HITLEROWSKO – UKRAIŃSKI

            Wszystko zmieniło się wraz z uderzeniem III Rzeszy Niemieckiej na ZSRR, które miało miejsce 22 czerwca 1941 r. . W ciągu jednego dnia Niemcy zobyli nadgraniczne miasto Włodzimierz Wołyński, otoczone okopami obronnymi. Szybko opanowali także wszystkie okoliczne tereny, w tym Swojczów i błyskawicznie przesuwali się w głąb Rosji sowieckiej. Armia Rzdziecka nie była rozbita całkowicie, wiele nawet dużych oddziałów, kryło się w tym czasie po lasach, którymi starało się przejść do swoich. Właśnie w tym czasie, dochodzi też do walk ukrywających się żołnierzy sowieckich z Ukraińcami, którzy usiłowali rozbrajać sołdatów, licząc na broń, której b. potrzebowali dla własnych celów. Ukraińscy nacjonaliści, byli już zaprawieni w tym procederze, gdy po przegranej Kampanii Wrześniowej, wyłapywali, rozbrajali, a nierzadko nawet mordowali polskich oficerów i żołnierzy, powracających z frontu do rodzinnych stron. Niestety ten ciemny proceder, teraz powtarzał się, ale stanowił dopiero początek, haniebnej współpracy hitlerowców z ukraińskimi nacjonalistami na wielu płaszczyznach.

            Oto po objęciu władzy przez Niemców, Ukraińcy stali się w ich rękach wygodnym narzędziem wykonawczym. Im to właśnie Niemcy obiecali, że na tych terenach stworzą „Samostijną Ukrainę”. Ryba wzięła przynętę i Ukraińcy chętnie garnęli się do służby pod hitlerowskimi skrzydłami. Szybko i dość sprawnie utworzyli policję ukraińską i do spółki z Gestapo, zaczęli na potęgę eksterminować Wołyńskich Żydów. Na początek wyłączyli wszystkich Żydów z reszty społeczeństwa, każdy Żyd musiał nosić na plecach i piersiach, naszyte żółte kółka, służyło to łatwiejszej ich rozpoznawalności. Ukrainiec potrafił gnać Żyda, nawet 2 km tylko po to, by go potem, dla przykładu na skraju lasu zabić.

Początkowo Żydzi musieli pracować w folwarkach potem, już po żniwach kazano wszystkim zgłosić się do wyznaczonych punktów. Stamtąd pędzono ich przez okoliczne miejscowości, przez Włodzimierz Wołyński, aż do wsi Piatydnia. To tam musieli osobiście kopać sobie jamy i tam pomordowano wiekszość Żydów z całej naszej, szerokiej okolicy. Mówi się, że zgładzono tam nawet około 20 tysięcy Żydów. Dość dokładnie utkwił mi w pamięci fakt, jak to na naszym cmentarzu w Swojczowie, przez ponad pół roku, ukrywało się skutecznie dwóch Żydów. Po nocach spali w trumnie w grobowcu, mogli przeżyć tak długo, gdyż dobrzy ludzie, nasi Polacy, nosili im potajmnie żywność. Choć w tym czasie, każdy już wiedział, że za tajne przechowywanie Żydów groziła kara śmierci. Po pewnym czasie Ukraińcy zwiedzieli się jakoś o tym i przez trzy dni zarządzili obławę, w całej wsi szukając za tymi dwoma Żydami. Jednak nie wiedzieli, że schowek jest na cmentarzu i w rezultacie Żydów tych nie znaleźli.

 

BANDEROWSKI HORROR

Po wymordowaniu wołyńskich Żydów, nacjonalistyczna zaraza zapukała także do polskich chat, najprawdziwszy horror wołyńskich nocy, stał się nieodłączną częścią naszego życia w Swojczowie i w całej okolicy. Zaczęło się od tego, że ukraińscy nacjonaliści wydali nakaz, aby na drzwiach każdego domu, wywiesić spis nazwisk i rok urodzenia każdego, kto tam mieszka. Z każdej rodziny przynajmniej jedna osoba, była wyznaczona i wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. Z naszej rodziny, wyznaczona była starsza siostra Zosia, ale dzięki dobrej znajomości z sołtysem i po przekupieniu go, została w domu i chodziła na roboty do folwarku. Drzwi od polskich mieszkań, nie mogły być zamykane na noc, mimo niespokojnego czasu wojny, ale miały być stale otwarte. Chodziło o to, aby Ukraińcy o każdej porze dnia i nocy mieli, swobodny wstęp do naszych mieszkań. Wtedy to właśnie zaczęły się rabunki, bito i prześladowano zaś każdego, kto ośmielał się stawiać rabusiom opór. Dochodziły do nas słuchy, że tam połamali ręce komuś, a tam znowu nogi, nawet że tak kogoś skatowali, że na śmierć.

W tym to czasie szybko organizowała się także ukraińska, nacjonalistyczna partyzantka, zwana przez naszych ludzi Bulbowcy lub Banderowcy. Coraz częściej uzbrojeni żołnierze tych formacji, pokazywali się nawet jawnie, coraz częściej nasi ludzie zwali ich także „rezunami”. Ich działania z każdym miesiącem, były coraz to śmielsze, w końcu stały się zupełnie bezkarne. I śmiem powiedzieć, że właśnie ta samowola „rozbestwiła” ukraińskich nacjonalistów i to do tego stopnia, że morderstwa na Polakach, zdarzały się coraz częściej. Póki co, nie miało to jeszcze jednak charakteru powszechnego. Wszystko zmieniło się od napadu ukraińskiej partyzantki na folwark, prowadzony przez Niemców na Halinówce, około 10 km od Włodzimierza Wołyńskiego, a tylko 5 km od wsi Swojczów. Celem napadu Ukraińców był skład amunicji, rabunek i zlikwidowanie bazy żywnościowej oraz wyparcie Niemców z wioski, zamieszkałej wówczas już przez Ukraińców. Jeszcze bowiem za sowieckich rządów, zlikwidowano duże polskie majątki: Babulskich, Stanisława Skoczylasa i Humanowskich, którzy mieli tam nawet własny młyn. W ramach likwidacji polskich pozostałości, część ludności wywieziono, część wysiedlono, a część obsadzono sługalczymi Ukraińcami.

Zatem i teraz, był to ważny punkt żywnościowy dla Niemców i dlatego władze niemieckie pozostawiły tam na straży, pięciu uzbrojonych żołnierzy . Niemiecka warta w obliczu ukraińskiego ataku, dzielnie stawiała opór przez całą noc, niedopuszczając Ukraińców zbyt blisko. Nad ranem, gdy z Włodzimierza Wołyńskiego przybyła pomoc, odparli atak, a wycofując się z zagrożonego terenu, spalili folwark doszczętnie, choć mógł być dobrym punktem wypadowym. Wydarzenia te były już b. wyraźnym znakiem, dla polskiej, lokalnej społeczności, że jeśli Polacy nie zorganizują się szybko i sprawnie, to może się to dla nas wszystkich źle skończyć. Niestety takie działania, na szeroką skalę, z różnych zresztą powodów nie zostały podjęte. Tymczasem najczarniejsze przypuszczenia nielicznych, sprawdziły się szybko, gdy rezuni ukraińscy rozpoczęli rzeź, niewinnej ludności polskiej na terenie całej, naszej parafii w Swojczowie i w ogóle na Wołyniu.

Zachowanie Niemców pozostawało wkalkulowane w taktykę wojny, chłodne i wyrachowane. Mianowicie, gdy pogromy na ludności polskiej ze strony OUN-UPA, coraz bardziej nasilały się, Niemcy chętnie udzielali pomocy uciekającym rodzinom polskim i zgubionym, często poranionym rozbitkom. Dobrze pamiętali ataki ze strony rezunów, także na ich własne załogi, dlatego chętnie doposarzali Polaków, by sprawnie, byli w stanie stawić opór, rozjuszonym bandom banderowców. Jak już zaznaczyłam, była to polityka czysto niemiecka. Im Niemcom, nie chodziło bowiem o nas, polskie rodziny, tropione przez banderowców w dzień i w nocy, jak zwierzęta. Raczej świadomie zmierzali do zaognienia, wzajemnych, bratobójczych walk Polaków i Ukraińców, a wszystko z myślą o ostatecznym zwycięstwie III Rzeszy Niemieckiej. Po prostu, stara jak świat zasada: „dziel i rządź”, znów przynosiła sowite zyski, oczywiście naszym kosztem. Niestety zacietrzewienie strony ukraińskiej, głupota, a nawet skłonność do barbarzyńskich zbrodni sprawiły, że Niemcom nastawienie to, prawdę mówiąc się udało.

 

            POGROM DOMINOPOLA – PERŁY ZIEMI SWOJCZOWSKIEJ

Pamiętam pierwszą ogromną rzeź, jaka była w naszych stronach w dniu 11 lipca 1943 roku we wsi Dominopol, odległej tylko 4 km od Swojczowa. Nocą i przy pełnym zaskoczeniu, stosując najbardziej makabryczne metody, wybito tam ponad 150 rodzin polskich, był to pierwszy masowy mord na terenie naszej parafii. Zginął  tam mój wujek Lipina Franciszek z całą rodziną, która składała się z 6-ciu osób. Ukraińcy opowiadali, że po zabiciu ojca, matki i starszego rodzeństwa, żył jeszcze najmłodszy ich syn, liczył zaledwie dwa latka. Dziecina nie rozumiała co się stało, zrozpaczona, głodna i wyziębiona szarpała zwłoki matki, ojca, brata i siostry, krzyczała przy tym przeraźliwie. Tymczasem ukraińscy zbrodniarze (dziś na Ukrainie - bohaterzy UPA), naśmiewali się z dziecka, tak przez cały dzień, potem to biedne dziecko zabili.

            Ukrainki opowiadały, że nie mogły przez dłuższy czas domyć podłogi z której wychodziła żywa krew, mówiły, że to kara Boża za znęcanie się nad „detyną” . W tej wiosce ocalała przypadkiem, tylko jedna osoba. [w rzeczywistości ocalało więcej, nawet kilkanaście osób, dod. Sławomir Tomasz Roch] Była nią szesnastoletnia Antonina Uleryk córka, siostry mojej babci, która szczęśliwie zdołała przedostać się do Swojczowa, szukając schronienia. Gdy tylko przyszła do siebie, opowiedziała nam ze szczegółami przebieg masakry ludności polskiej w Dominopolu. Zdruzgotana i poraniona Antosia mówiła tak: „Napad miał miejsce w nocy z 10-go na 11-ty lipca. Około godziny pierwszej zagrały trąbki i do każdej polskiej chaty z krzykiem ‘ Otwieraj!’ zakołatano do drzwi kolbami karabinów. Przy oknach stali już przygotowani na mord, uzbrojeni Ukraińcy . W naszym domu wszyscy obudzili się od razu. Matka mając wtedy ponad pięćdziesiąt lat, otworzyła oprawcom drzwi. Do izby weszło dwóch uzbrojonych partyzantów ukraińskich, a czuć było od nich alkoholem. Pierwsze słowa to ‘Wy majecie broń, u was są polscy partyzanci!’. Matka ze strachem odpowiedziała: ‘Nikogo nie ma! Patrzcie jest tylko mój mąż sześćdziesięcioletni, a to moje dwie córki: Rózia i Antosia’. Ukraińcy byli z karabinami i z osadzonymi bagnetami. Widziałam, że nie interesowało ich wcale, co mówiła moja matka, w ogóle nie słuchali, tylko jeden z nich uderzył ją kolbą karabinu, a gdy w następstwie silnego ciosu przewróciła się na ziemię, brutalnie zabił. W tym czasie drugi banderowiec zabił ojca, jeszcze w łóżku. Ja sama także zostałam ciężko ranna, byłam uderzona bagnetem w bok tak, że bagnet przeszedł na drugą stronę. Gdy rezun uderzył mnie bagnetem po raz drugi, przekłuł mi rękę na wylot i wtedy straciłam przytomność. Po odzyskaniu przytomności, usłyszałam tylko rzężenie konającego ojca, który leżał we krwi przy łóżku..

Tak opowiadała nam osobiście, co się działo dalej: „Wstałam resztkami sił, matka leżała nieżywa przy drzwiach, siostra nieżywa w łóżku. Z wielkim trudem wyszłam przed dom, chciałam wołać o pomoc. Z Bożej łaski zobaczyłam, jak dwie moje koleżanki, które uciekły z mordowanego domu, są właśnie okrutnie bite, pamiętam jeszcze, jak prosiły oprawców: ‘Zabijcie nas, a nie bijcie’. Tak pędzili je w stronę lasu. Wtenczas odzyskałam raptownie więcej sił, cofnęłam się do mieszkania. Przebrałam się, bo wciąż byłam tylko w bieliźnie, potem ukryłam się w konopiach i tam przebywałam ukryta, aż do rana. Przeżywałam tam nieopisane katusze, gdy wciąż słyszałam różne jęki, płacz i krzyki, wołania o pomoc i strzały. Jak zaczynało już świtać, usłyszałam trzykrotny głos trąbki, był to sygnał zakończenia mordowania Dominopola. Tłumnie, wszyscy zbrodniarze zaczęli się zbierać u sołtysa wsi. Słyszałam także, jak ci co mordowali, zaszli do naszego domu i jeden mówi: ‘Tu brakuje jednej osoby!’. Przestraszyłam się bardzo, że teraz będą mnie zawzięcie szukać i jeszcze głębiej zaszyłam się w konopie. Widocznie jednak, spieszyło się im bardzo na przerwaną biesiadę i nie szukali dalej. Słychać było pijackie okrzyki, toasty i śpiewy. Niewiele zrozumiałam z tych wrzasków, przesiedziałam cały dzień w konopiach, bez kropli wody w gorączce i okropnym strachu, a gdy przyszła druga noc, ukradkiem przedostałam się przez pola do Swojczowa. Po drodze napotkałam, jeszcze przed rzeką Turią, wykoszony łan zboża i wykopany ogromny dół widocznie, miał to być wspólny grób dla mieszkańców z naszej wioski. Odległość, która dzieliła Swojczów z Dominopolem 4-5 km, przeszłam z wielkim trudem. Już świtało, jak pół żywa zastukałam do cioci Karolki.

Rzeczywiście nasza babcia Karolina Rusiecka z d. Bedychaj, to także jej ciocia. Babcia zamknęła ją w pokoju stryja Mariana Rusieckiego, który w tym samym dniu, uciekł już do Włodzimierza Wołyńskiego. Ciężko ranna Antosia przez pierwsze dwa dni miała silną gorączkę, a były rany zaczerwienione i mocno opuchnięte. Babcia przykładała do ran kompresy z wody, skrapiane octem i serwatką, po zsiadłym mleku. Pamiętam grozę tamtych godzin i dni, okna były zasłonięte w mieszkaniu, półmrok, strach ogromny. W każdej chwili mogli wpaść Ukraińcy, w poszukiwaniu stryja Mariana, który także dopiero co uciekł banderowcom z konwoju, przeznaczonego na śmierć. Tymczasem przy rannej Antosi, musiał ktoś czuwać, więc my wszyscy po kolei, pilnowaliśmy i czuwaliśmy przy niej.

 

I DZIEŃ PO RZEZI NA DOMINOPOLU : SZOK I KONSTERNACJA

            W kilka pierwszych dni po zagładzie Dominopola, w Swojczowie i całej okolicy ludzie po cichu z trwogą opowiadali sobie, o tym co się właśnie wydarzyło i co jeszcze może przyjść na wszystkich. Atmosferę tamtych dni można streścić w słowach: szok, konsternacja i gwałtowne poszukiwanie nadziei, wszędzie zadawano sobie to jedne pytanie: co robić dalej...?

Dominopol i wieś Piński Most przecinała rzeka Turia. Skrzętnie wykorzystali to Ukraińcy, którzy od kilku miesięcy na moście wystawiali uzbrojone warty. I kto szedł do Dominopola puszczali, ale już nikt z tamtej strony nie mógł przyjść do nas, zdarzało się, że nawet Ci co tam poszli, już więcej nie wracali. Tak i tym razem było, gdy 10 lipca 1943 r. dwie kobiety z Wandowoli, poszły za rzekę na swoje łąki grabić siano i już nie powróciły do swojego domu. Zmartwiona ich siostra całą noc z niepokojem nadsłuchiwała i czekała na nie. Raniutko wstała, chciała iść zobaczyć, co się stało, że one nie wracają. Gdy już podeszła niedaleko rzeki zaczęła z niepokojem przyglądać się, co się dzieje na drugim brzegu. I cóż widzi, jakiś szum, ruch, coś tam się dzieje na całej wiosce. Ani z jednego komina nie widać dymu, psy wyją, krowy ryczą. Ogarnięta lękiem kobiecina, przytomnie biegnie prosto do kościoła w Swojczowie. Ksiądz Jaworski już odprawił pierwszą mszę świętą, a ona nie wytrzymuje strachu, kręci się, wierci przeszkadzając księdzu w odprawianiu mszy, coś tam mówiąc. Ksiądz skrócił i zakończył mszę i wziął ją na spytki. Kobieta ta zaraz opowiedziała ze szczegółami, co przeżyła i widziała.

            Nasz proboszcz ksiądz Franciszek Jaworski, był to ksiądz kapelan ze stopniem wojskowym, zatem zorientował się prędko w groźnej sytuacji. Wiedział, że nie ma za wiele czasu, rozkazał swojej gospodyni, żeby sprawnie spakowała się i będą wyjeżdżać do Włodzimierza Wołyńskiego. Przyszedł także do mojego ojca i mówi „Andrzeju coś na Dominopolu się stało, ja wyjeżdżam, ale boję się, że mnie nie puszczą, zatrzymają. Zrobimy tak, że ja pojadę z tobą z hostią, niby do chorego z Panem Bogiem, a gosposia moja z rzeczami potrzebnymi, będzie jechała zaraz za nami. Pojedziemy razem do Włodzimierza Wołyńskiego i dowiemy się, co tam się w Dominopolu naprawdę stało.  A jeśli będzie taka potrzeba, zaraz wrócimy i zabierzesz swoją rodzinę.”. Ojciec nie odmówił księdzu Jaworskiemu, prędko zaprzągł konia do wozu, zabrał ze sobą swego siedmioletniego syna Piotrusia i pojechał razem z księdzem do miasta, jeszcze przed godziną siódmą rano.

Ksiądz Franciszek Jaworski miał dobre wyczucie bowiem banderowcy nie poprzestali na wymordowaniu Dominopola, ale mieli plan likwiadacji Polaków w całej naszej parafii i jak sie później okazało, nawet na całym Wołyniu. Otóż już tego samego dnia 11 lipca 1943 r. , gdy nocą wymordowali Polaków na Dominopolu. Już z samego ranka, przyjechało na koniach kilku uzbrojonych Ukraińców do naszego sołtysa Cebuli i zarządzili, by zaraz zorganizował dla nich furmanki. Potem przeszli razem przez naszą wieś Swojczów, a sołtys Cebula wskazywał, gdzie mieszkają młodzi mężczyźni po wojsku. Przyszli także pod dom, gdzie mieszkał mój stryj Marian Rusiecki. Ukraińcy na koniach stali w pogotowiu na podwórku, a dwóch z sołtysem weszło do domu. Sołtys Cebula mówi: „Rusiecki biorą ciebie na przeszkolenie, chodź idziemy!”. Stryj coś przeczuwał i próbował tłumaczyć się, że jemu szkolenia nie potrzeba, że żona jest w ciąży i nie może ją samą zostawić, ot tak sobie przed żniwami. Wtedy do akcji włączają się banderowcy i grożą, że jak się sprzeciwi, mają rozkaz zabić. Wypędzają go zatem brutalnie z domu i każą siadać na furmankę, na której siedział także uzbrojony Ukrainiec. Wyjeżdżają, stryjenka Czesia biegnie za nimi, błaga i prosi, a była już w ósmym miesiącu ciąży. Czepia się nawet za wóz i biegnie za nimi, a oni tylko się śmieją i mówią: „Czekaj puścimy go, puścimy, a ty puść się wozu.”. Zajeżdżają po Leona Mierzyjewskiego i w ten sam sposób, wyprowadzają go z domu.

Nabrali już pełne dwa wozy, młodych sprytnych mężczyzn i jadą zabierać dalej. Zatrzymali się przed młynem Umanowskiego, każą stać i czekać, a pięciu uzbrojonych Ukraińców na koniach pojechali do zabudowań polskich. Stryj Marian opowiadał nam potem wszystkim tak: „Jadę tak z innymi i widzę, że jak by coś się święci, mówi w końcu sam do siebie: ‘Myślę nie dobrze się dzieje, jak teraz nie ucieknę, będzie gorzej.’. Zatem decyduję się na próbę ucieczki, po mału, bez pośpiechu zsuwam się z wozu. Ukrainiec siedzący na wozie krzyczy za mną: ‘A ty kuda!?’. Stryj na to do niego spokojnie: ‘Muszę, dłużej nie wytrzymam, zesram się.’, tu odpinając pasek od spodni. Ukrainiec nie daje za wygraną i krzyczy: ‘Nie idi, nie wolno, budu strelać!’, stryj nie słucha, odchodzi i niby przysiada na kopę koniczyny i tym sposobem ostatecznie wymyka się dalej i z powodzeniem szczęśliwie ucieka.”.

Jak się później okazało, ratując sobie tym samym życie, gdyż wszyscy inni zostali brutalnie, wkrótce zamordowani przez eskortujących Ich właśnie banderowców. Owe rzekome ćwiczenia, były tylko pretekstem ze strony banderowców, by wywabić z domów najsilniejszych, młodych i przeszkolonych wojskowo chłopaków. Stryj kwitował postawę innych Polaków dość ostro: Dziwię się tym chłopcom po wojsku widzą, że ja uciekam, mogliby rozpierzchnąć się w różne strony, zawsze ktoś by jeszcze uciekł, może i kogoś by zabili, ale nie wszystkich, a tak Ich wszystkich wymordowali .”.

 

PRÓBA UCIECZKI ZE SWOJCZOWA

Tymczasem nasz ojciec, wraz ks. Franciszkiem Jaworskim i gosposią, bezpiecznie zdołali dojechać do miasta. A tam faktycznie potwierdziło się częściowo, że coś niedobrego dzieje się w okolicach Dominopola, na terenie naszej parafii Swojczów oraz w całym naszym powiecie włodzimierskim. W tej sytuacji ojciec mój wraca prędko z powrotem do domu. Pamiętam, że był b. zdenerwowany i zarządził nasz natychmiastowy wyjazd do Włodzimierza Wołyńskiego, wyglądało to nie inaczej, jak gwałtowna ucieczka. Z decyzją ojca, nikt jednak nie ważył się dyskutować, był b. zdecydowany. Ładujemy zatem prędko na wóz, produkty i rzeczy pierwszej potrzeby i już 11 lipca wyjeżdżamy do Włodzimierza. Nie ujechaliśmy jednak jeszcze pół kilometra, minęliśmy stary cmentarz i zabudowania Doleckich, a już biegną ludzie i krzyczą: „Rusiecki uciekaj, w tę stronę jadą na koniach jacyś Ukraińcy i zabierają ludzi.”. Ojciec zbyt gwałtownie skręcił w bok i chciał uciekać w pole, a tu masz ci los, postronki popękały. Ojciec zreperował naprędce postronki, a my wszyscy rzuciliśmy się do pchania wozu. Lecz nie było już czasu dalej uciekać, gdyż ryzyko spotkania z banderowcami, było już zbyt duże. Zawróciliśmy zatem do domu, a wóz zamknęliśmy w stodole i tak oto, pierwsza próba naszej ucieczki ze Swojczowa się nie powiodła.

            Około godz. 11-tej wjechało na nasze podwórze kilku uzbrojonych Ukraińców, sołtys Cebula i jeszcze kilku znajomych ojcu Ukraińców. Na szczęście zastali nas wszystkich w domu. Tylko rozsądek ojca nas uratował, który szybko ocenił na co się zanosi i mówi do mamusi: „Bronka mamy gości, podawaj prędko na stół, a ty Zośka podaj wódkę i zakąskę, trochę porozmawiamy.”. Sołtys Cebula przez cały czas, był przychylny naszej rodzinie, aż do ucieczki ze Swojczowa. Tymczasem owi obcy Ukraińcy, chcieli agresywnie zatakować nas, może by nas nawet pobili, a potem zabrali i w lesie skrytobójczo pomordowali, jak wielu innych. Lecz nie nasz sołtys, który był cwany, siada do stołu, uspokaja pozostałych i mówi: „Siadajmy, porozmawiajmy trochę.”. Obcy Ukraińcy nie dają za wygraną i nadal ostro atakują ojca: „Gdzie wywiozłeś księdza?!”, a widać było gołym okiem, jak byli wściekli. Ojciec na to, siląc się na spokój: „Ksiądz pojechał z Panem Bogiem do chorego, umierającego człowieka.”. Zatem natarczywie pytają: „Dlaczego nie powrócił?!”, ojciec im więc odpowiada: „Kazał mi wracać do domu, więc powróciłem, ale jak chcecie to pojadę z powrotem i przywiozę go wam.”. Przy tej rozmowie nalewa im w szklanki wódki i zaprasza do poczęstunku. Sołtys zaczął zaręczać, tym nieznajomym Ukraińcom, że nasz ojciec słynie z tego, że jeśli co powie, to też wykona. Ojciec podchwytuje i zręcznie gra dalej: „Dajcie mi takie pismo od waszego dowódcy,  że on sobie życzy, abym ja wam księdza przywiózł!”. Wszystko to działo się przy biesiadzie, u nas w domu. Naradzali się, jak to mówią wojacy - mordercy i mówią: „Jutro rano dostaniesz od nas takie pismo i jedź i przywieź tu księdza z powrotem.”.

A dziś po latach, to tak sobie o tym myślę; jak te bandery b. chcieli dorwać naszego proboszcza w swoje zbrodnicze łapska! Bo przecież nikt o zdrowych zmysłach, nie powie dziś, że chcieli z nim, niby to pobożne modły odprawiać w Kościele, czy tam w swoim świnarzyńskim lesie. Tam gdzie tak wielu naszych Braci i Sióstr pozostało już na zawsze, bez mogiły i katolickiego pochówku, bez Krzyża i kwiatów na swoim grobie. Tam gdzie Orszak Biały, odziany w białe szaty męczeństwa, śpiewać już będzie po wsze czasy pieśń pochwalną, dla naszego Pana. Orszak ten nie trzyma dziś w rękach zakrwawionych siekier i noży, ale piękne lilie białe, to Orszak w najpiękniejszym zaprzęgu Baranka. Orszak to już nie ziemski, ale wieczny, Orszak Męczenników Ziemi Swojczowskiej i Wołyńskiej.

           

            II DZIEŃ PO RZEZI: TRZEBA TO PRZETRWAĆ....

Na drugi dzień stało się tak, jak ojciec ustalił z sołtysem Cebulą i z wyraźnie wściekłymi Ukraińcami. Już z samego ranka banderowiec przywiózł ojcu pismo, w którym było napisane, że ma przywieźć księdza i stawić się z nim w określonym miejscu. Zatem ojciec znowu szykuje się w drogę, bierze trochę żywności, którą chowa na wozie pod siedzeniem. Obok siebie sadza dziewięcioletnią córkę Kazię, a nam mówi: „Przyszykujcie się wszyscy, bo ja wrócę z Włodzimierza ze swoimi chłopakami i was zabiorę do miasta”. Tym razem jednak nie miał tyle szczęścia bowiem dojeżdżając do Barbarówki, został zatrzymany przez Ukraińców. Ojca i małą Kazię zapędzono do dołu, obstawionego maszynowymi karabinami. A tam, jak mówił ojciec, spędzonych już było około pięćdziesiąt osób, spodziewali się najgorszego. Byli to ludzie z pobliskich okolic, w tym wielu znajomych ojca. Ja pamiętam tylko, że była tam z nimi także polka Wacława Flik. Ojciec tłumaczył się, że jedzie z polecenia ich dowódcy, pokazując im pismo opatrzone pieczęcią i z podpisem banderowca, którego nazwiska ja nie pamiętam. Musiał to być jednak ktoś ważny, bo wstrzymali egzekucję ich wszystkich, aż wrócił goniec z lasu, przywożąc nowy rozkaz. Po przeczytaniu dostarczonej notki, oświadczono niedoszłym ofiarom: „Dzisiaj Rusiecki nie pojedziesz do Włodzimierza. Wszyscy zaś inni zebrani w dole, mają wracać do domów i zbierać zboże z pola.”. Ojcu zaś stanowczo jeszcze raz przykazali: „A ty Rusiecki, drugi raz pojedziesz po księdza, tylko nie próbuj uciekać, bo i tak cię złapiemy!”.

W zaistniałej sytuacji, późnym wieczorem, wrócił ojciec z siostrą Kazimierą do naszego domu. Tymczasem wszystkich połapanych Polaków, rzeczywiście puścili wolno, jednak część z nich uciekła polami, miedzami, przez zboża do miasta. Część powróciła do swoich domów, a część w innych okolicznościach, została złapana i zamordowana. I choć Ukraińcy czuli się już panami w terenie, mimo to nie próżnowali i zrobili punkt obserwacyjny, u Gołębickiego na strychu. Jest to jeszcze jeden dowód na pełną determinacji politykę, całkowitego usunięcia Polaków ze Swojczowa, okolic i z całego Wołynia. Od tej pory Ukraińcy, już na zmianę obserwowali wioskę, dokładnie widząc nasze podwórze, pilnowali zawzięcie ojca, czy jest w domu i co robi. Był to już czas otwartej wrogości, wszechobecnego strachu, właściwie bezpardonowej walki o nasze przetrwanie. Ojciec niesustannie ukrywał się bowiem nie miał już żadnych złudzeń, co do intencji i zapewnień Ukraińców i przez sześć tygodni, nie dał się już złapać oprawcom.

Z początku nocami kryliśmy się wszyscy na łąkach w zbożach i krzakach, aż do chwili zrobienia schronu, blisko zabudowań. Niestety noce zaczynały być chłodne i często mokliśmy na deszczu. To skutkowało i tym, że często męczyły nas przeziębienia, kaszel, czuliśmy namacalnie, że na dłuższy czas takie ukrywanie się będzie, już nie do zniesienia. Ale nawet w takich oto okolicznościach, trzeba było pracować, dlatego za dnia ja, Zosia i Jadzia, które byłyśmy starsze, musiałyśmy zbierać zboże i przywozić do stodoły. Ojciec postanowił zbudować schron. Ustawił deski pionowo opierając obok w środku w stodole, my założyliśmy tę przestrzeń snopami całe zapole, aż do górnego piętra. Wejście do schronu było tak urządzone, że wchodziło się od drewutni, w której była zrobiona buda dla dużego i bardzo złego psa wilczura. Był to taki duży obity kojec deskami. Deski z tyłu budy przybite tylko górą, pozorując wejście dla psa, było tam dużo słomy. Zatem przez ruchome deski wchodziliśmy do budy, odgrzebywało się słomę i pod powałą, wchodziło się do schronu w stodole. Do drewutni też z tyłu i boku były oderwane deski, a przybite u góry były ruchome, którędy wchodziło się do drewutni z dworu, a potem do budy. Z tego schronu było zrobione drugie wyjście do ogrodu przez spichlerz, takie zasieki na zboże z podłogą, ułożoną nad powierzchnią ziemi około 0,5 m dla przewiewu powietrza. Jednak tą drogą nigdy nie wchodziliśmy, ani nie wychodziliśmy, by nie zdradzić kryjówki. Wyjście było zrobione do ewakuacji w razie podpalenia stodoły. Ojciec ciągle mówił o ucieczce.

Na tamten czas wszyscy nie mieliśmy, już złudzeń i też bacznie obserwowaliśmy, wszystkie ruchy Ukraińców w okolicy naszego domu szczególnie, gdy ojciec przychodził do domu. Zaraz dwie małe siostry wysyłał na czaty do ogrodu, one bawiąc się i chowając się w kwiaty, obserwowały zarazem drogę z jednej i drugiej strony, czy nie jadą Ukraińcy. Wzmożona ta czujność uratowała życie ojcu, jak i nam wszystkim bowiem był taki dzień, że ojciec szedł przez nasze podwórze, a Ukraińcy widzą go, jak wchodzi do domu. Natychmiast wyruszają prędko, obstawiają swoimi ludźmi dom i szukają dosłownie wszędzie, ale ojciec powiadomiony przez dzieci, zdążył schować się do schronu i tak się wyratowaliśmy. Sądźę, że gdyby zabrali wtedy ojca, już by wszelki ślad po nim zaginął, a wtedy i nasz los, byłby bardzo zagrożony.

To były naprawdę dni grozy. Były chwile dramatyczne i jeszcze dziś serce bije mi mocno, gdy sobie o tym przypominam. Pewnego razu ojciec mówi do nas starszych tak: „Dzieci kochane słuchajcie mnie ojca. Widzę ja, że z całą rodziną nie uda nam się uciec ze Swojczowa, ale ja mam plan. Starsza trójka dzieci: Zosia, Piotrunia i Jadzia pójdziecie w pola na Poluchno i będziecie tam czekać na mnie do wieczora. Ja przedostanę się do was i pójdziemy dalej przez Władysławówkę, koło Hobułtowej, lasami aż do Włodzimierza Wołyńskiego. Weźmiecie ze sobą rzeczy, coś z pierwszej potrzeby.”. Straszna to była decyzja. Zostawała bowiem w domu mamusia z młodszymi siostrami: Marysią, Kazią i Jasią. Nasza trójka pożegnała się i wyszła w pole. Ojciec wieczorem, żegnając się z mamusią mówił: „Bądź pewna, że ja po was wrócę, pilnujcie się dobrze!”. Jednak i ta próba ucieczki skończyła się dramatycznie, gdyż nasza siostra Kazia przeżyła ten wstrząs. Ojciec wywoził ją już raz wcześniej, gdy z polecenia Ukraińców, jechał po księdza Jaworskiego. Dziecko pamiętało te długie chwile grozy, gdy było już w dole pod Barbarówką, w którym mieli ich Ukraińcy rozstrzelać. Dlatego teraz żegnając się z ojcem rzuciła się mu do nóg, złapała obiema rączkami, mocno ściskając i płacząc rzewnie: „Tatusiu nie opuszczaj nas, tatusiu nie opuszczaj nas!”. Ojciec kochał nas wszystkich całym sercem i poczuł, że nie może ich teraz, tak oto zostawić, gdy dookoła tyle wilków. Przyszedł do nas na pole, prawie ze łzami w oczach mówiąc: „Nie mogę i nie mam siły, by ich zostawić wszystkich, w rękach tych bandytów!” .  To już po raz drugi , jak wracałam z nieudanej ucieczki do domu, w którym byliśmy jeszcze przez parę tygodni.

Wielu ludzi z całej naszej parafii, wciąż podejmowało próby ucieczki z tej banderowskiej matni, w której się znaleźliśmy. Antosi z Domimopola, o której już wspominałam, że wyratowała się z pogromu, stopniowo zaczęły powracać siły i babcia Karolina Rusiecka potajemnie, odprowadziła ją w bezpieczne miejsce do jej wuja Józefa Bedychaja, który mieszkał w sąsiedniej wsi ukraińskiej na Wólce Swojczowskiej. Jak się później dowiedzieliśmy, pod ukryciem zabrała ją stamtąd do Włodzimierza Wołyńskiego, jej cioteczna siostra Władysława Bedychaj. Oto co w późniejszym czasie, opowiadziała mi osobiście Władzia Bydychaj: „Uciekliśmy już z do domu, z Wólki Swojczowskiej do Włodzimierza Wołyńskiego, z mamą, bratem i siostrą. Pozostawiając w domu babcię, matkę mojej mamy Mariannę Sobiepan, która z nami zamieszkała, pozostawiając cały dorobek życia rodziców”. Władzia jak mówiła, martwiła się jednak o swoją babcię Mariannę, którą darzyła szczególnym uczuciem. Zmówiła się zatem ze swoją koleżanką, a sąsiadką Felicją Dolecką i poszły miedzami, polami, omijając drogi, tak żeby ich nie złapali Ukraińcy. W końcu dotarły do swoich domów. Babcia Władzi nie chciała jednak uciekać z domu do miasta, mówiła: „Nie pójdę z wami na poniewierkę, a może mnie Ukraińcy nie zabiją, bo niby za co mnie mają zabić, a jeszcze dopilnuję waszego majątku, do waszego powrotu do domu.”. I rzeczywiście została biedaczka sama w tym domu, ale Ukraińcy nie przepuścili i starszej kobiecie. W czasie ostatecznego pogromu zamordowali babcię Mariannę Sobiepan i została zakopana w swoim ogrodzie pod świerkiem.

Podczas tej wyprawy Władzia zaszła także do stryja Józefa Bedychaj, gdzie właśnie przechowywała się Antosia Uleryk. Stryj powiedział więc do niej: „Zabierz ją Władziu ze sobą, bo ona jest ciężko ranna i puchnie, a jak ją Ukraińcy u nas zobaczą, to wybiją nas wszystkich razem.”. Władzia nie mogła odmówić i choć zadanie było b. trudne i niebezpieczne, namówiła Antosię, żeby poszła z nią do miasta. Wyszły wieczorem, idąc tak na przełaj przez pola, kierując się na rozświetloną łunę, która była nad miastem Włodzimierzem Wołyńskim. Szły tak przez zrośnięte i poplątane powojami zboża, rozchylając je rękami. W drodze Antosia zupełnie opadała z sił i nie chciała iść dalej, przysiadywała ze zmęczenia. Były dramatyczne momenty, że Władzia mówiła: „Choć dalej, bo cię zostawię tu! Ja muszę wracać do swoich.”. Nie mogła jej więcej pomóc, przekradali się bowiem pojedynczo, gęsiego. Mogła ją tylko zachęcać i krzyczeć po cichu: „Już cię zostawię!”. Tak naprawdę nie miała jej zamiaru zostawiać i po wielkich trudach, dotarły w końcu szczęśliwie do Włodzimierza Wołyńskiego. Zaprowadziła ją do przychodni zdrowia, gdzie lekarz ją zatrzymał, udzielił pomocy. Gdy Antosia przyszła do swoich sił, odeszła do swoich kuzynów, zamieszkujących we Włodzimierzu. Przeżyła ten koszmar tułaczki wojennej! Po wojnie zamieszkała koło Hrubieszowa, wyszła za mąż, miała dzieci, choć całe życie leczyła się, była bardzo słabego zdrowia. Umarła w czerwcu 1980 roku, pochowana w Horodle nad Bugiem. Jeszcze jak żyła, odnalazła ją siostra Janka, która była wywieziona do Niemiec na roboty, a po wojnie powróciła do Polski.

 

ŻYCIE STAJE SIĘ NIEZNOŚNIE TRUDNE

Sytuacja z każdym dniem stawała się, coraz trudniejsza, szczególnie że zamieszkał u nas, w jednym skrzydle domu, ukraiński partyzant Pietruk. Siostra Pietruka była w bandzie, przebywającej w lesie, a on otrzymał zadanie, aby nas bacznie pilnować i donosić o wszystkim, co robimy. Banderowcy z siedzibą w lesie, naszym miejscowym Ukraińcom nie dawali wiary. Obawali się, że w razie potrzeby ostrzegą nas Polaków i dopomogą w ucieczce. Pamiętam jak pewnego dnia ojciec umówił się ze starszą siostrą Zosią, żeby pojechała z tym Ukraińcem Pietrukiem i z jego córkami pod Włodzimierz Wołyński do jego dawnego gospodarstwa. Dalej siostra miała dostać się do Włodzimierza, spotkać się z naszymi stryjami, którzy już tam byli i innymi chłopakami pod bronią. Następnie mieli zorganizować potajemnie wyprawę na Swojczów, przyjść nocą i zabrać nas z całą rodziną. Zosia starannie przebrała się za Ukrainkę i tak dla upozorowania ukraińskiego, wiejskiego dziewcza, pojechała z nimi. Po drodze spotkała ciężko ranną Feliksę Dolecką, którą Ukraińcy wieźli na wozie. Obie tylko na siebie smutno spojrzały i minęły się. Zosia była bodajże ostatnią osobą, która widziała jeszcze żywą Felusię Dolecką. Zosia wprawdzie była już niedaleko Włodzimierza, jednak córki Ukraińca Pietruka, tak dokładnie Zosię pilnowały, że trudno jej było, odłączyć się od nich.

Bliżej sierpnia wzmógł się ruch Ukraińców na drogach. Częściej też zajeżdżali do naszego domu. Zdarzyło się raz, że wpadli do domu zastając tylko mamę z dzieckiem i siostrą Marianną. Zaczęli straszyć, że jak nas wszystkich nie zawoła do domu, to ją zabiorą i zabiją. Mama bardzo wystraszona mówi zatem: „Marysiu idź i szukaj resztę dzieci i powiedź, niech wracają do domu, widzisz co się dzieje.”. Siostra przybiegła zaraz do nas w krzaki, gdzie byłam schowana razem z Jadzią i opowiada, co dzieje się w domu. Płacze przy tym i prosi, żebyśmy wracały do domu, bo zabiją mamę. Wszystkie przeżywamy trwogę, a ona nie przestaje prosić i nawet zaczyna nas ciągnąć na siłę do powrotu do domu. Jadzia już była gotowa do pójścia, lecz ja byłam starsza i podjęłam decyzję mówiąc: „Słuchajcie co mówił ojciec, że gdyby Ukraińcy kogoś złapali, to wy musicie uciekać, choćby każdy w inną stronę, musicie się bronić, nie wolno wam wpadać w ich ręce.”. I za tą dramatyczną radą ojca zaczynam z tych krzaków uciekać w pole, a Jadwiga za mną, Marysia zaś z płaczem powróciła do domu. W domu opowiedziała wszystko jak było, że znalazła nas w ogrodzie, że przekazała żądanie Ukraińca, żebyśmy wróciły do domu. Dodała także, że pomimo groźby zabicia mamy, siostry uciekły obie w pole w różne strony. Co ciekawe, Ukrainiec słysząc te słowa odjechał. Może to być jeszcze jeden dowód na to, że banderowcy rzeczywiście polowali na to, by ująć nas wszystkich. Ostatecznie dzięki Bożej Opatrzności, odwadze, rozwadze i zaradności naszego ojca, a naszemu posłuszeństwu, ich plany się nie powiodły, a my przetrwaliśmy, wydawałoby się wbrew nadziei i zdrowemu rozsądkowi.

            Niemniej jednak, były to czasy wielkiej trwogi i nikt nie był pewny swego losu, ani w dzień, ani w nocy. Dla przykładu opiszę, jak pewnego razu ja oraz siostry Zosia i Jadzia w nocy chowałyśmy się w polu, w zbożu. Weszłyśmy na łąkę Borysową, ale tam siano zostało już zebrane, więc schowałyśmy się blisko domu w wyległej pszenicy. Wiele razy tak czyniłyśmy, a gdy trzeba było, to sprawnie czołgałyśmy się, tak jedna za drugą, bruzdą, nie podnosząc wyległą pszenicę i zacierając za sobą ślady. Ukraińcy nie raz jeździli po polach i jak kogoś zobaczyli zaraz, bez miłosierdzia zabijali. Tego dnia, było już po północy, wtem słyszymy, jak u nas na podwórze wjechali Ukraińcy. Szczeka mocno pies, ktoś rzucił czymś w stodołę, echo w nocy rozległo się mocniej i nam serca biją, coraz to mocniej. Słychać rozmowy, ktoś chodzi po podwórku, słyszymy pokrzykiwania na psa, który nie daje za wygraną i ujada, coraz mocniej. Na szczęście po jakimś czasie wszystko przycicha. Zosia mówi do mnie: „Ty jesteś odważniejsza, idź i zobacz, co tam się dzieje w domu. Może potrzeba będzie kogoś ratować, a ja pójdę do zabudowań babci i zobaczę, co tam słychać. Jadzia ma siedzieć w bruździe i tu mamy się potem spotkać.”.

Zatem poszłyśmy, ja wyszłam na miedzę, dzielącą nasze pole i Brzezickiego i powoli idę w kierunku domu. Strach był ogromny, ale trzeba przecież zobaczyć, co się stało w domu. Podchodzę pod nasze zabudowania, już ogrodami sąsiada, aż tu w fasoli słyszę, coś trzeszczy. Ktoś tam jest, nie patrzyłam kto to był, jak zawrócę z powrotem i co sił w nogach na Burysową łąkę. Przysiadłam i myślę, co robić dalej. Słucham uważnie, czy mnie nikt nie goni, ale do domu boję się iść. Po pewnym czasie przyszła Zosia mówiąc, że koło babci zabudowań, także spokój i cicho.

Przesiedziałyśmy w tym zbożu do rana, a potem powoli wracamy do domu. Spotykamy się wszyscy, a tato po wysłuchaniu naszej relacji, karci nas, że nie po to chowamy się, żeby w chwilach krytycznych wracać, Ukraińcom wprost w ręce. Teraz i my poznałyśmy przyczynę, nocnego zamieszania przed naszym domem, a było to tak, że przyjechało do nas trzech Ukraińców. Weszli do domu, mamusia była zmęczona tym ciągłym chowaniem się i spała w łóżku z małą Jasią, która miała trzy latka. Krzyczą do mamusi: „Wstawaj!”, dalej pytają o tata, o nas wszystkich. Mamusia mówi, że wszyscy bardzo się boją i chowają, gdzie tylko mogą. Pytają zatem: „A ty nie boisz się?!”. Mamusia odpowiada: „Mnie już wszystko jedno.”. I może to właśnie uratowało jej życie, gdyż na chwilę zostawili ją, bez obstawy, spodziewali się zapewne, że w tej apatii, już im nie ucieknie, zaczeli szukać więc na dworze reszty. Mamusia patrzy przez okno i widzi, że chcą wziąć konie, szarpią za żelazną sztabę i klną siarczyście, gdyż nie mogą jej otworzyć. Przychodzą z powrotem do domu, ale mama ukryła się w komorze. Szukają zatem w piwnicy w beczkach, otwierają wieka, jeden oznajmia: „Tu jej nie ma!”. A mama stoi w kącie za otwartymi drzwiami. Szukają po pokojach, pod łóżkami, a mała Jasia wlazła pod kołdrę, zawinęła się i ani piśnie. Zezłościli się, krzycząc: „Ona musi tu być!”, szukają dalej. A mamusia ze strachu wskoczyła do piwnicy, zostawili ją nie zamkniętą, gdy wracali szukać ją dalej w komorze. Mamusia skryła się w tej piwnicy i tak dzięki Bożej Opatrzności ocalała. Stąd był ten cały nocny szum i ta wrzawa na naszym podwórku.

            Opiszę także gehennę polskich dziewcząt na swoim przykładzie. Wszyscy byliśmy zmuszani przez Ukraińców do zbierania zboża z pola. Ponieważ nasz ojciec ciągle się ukrywał, ja już 18-stoletnia dziewczyna musiałam robić wszystko, przy gospodarce. Kosiłam trawę, koniczynę, na pokarm dla bydła, ścinałam zboża sierpem, wiązałam snopy i zwoziłam końmi do domu. Pewnego razu załadowałam wóz razem z siostrą Jadzią i wjeżdżam już na nasze podwórko, a tam czeka na nas po cywilnemu, z bronią ukraiński bandyta. Mówi zaraz do mnie: „Zrzucaj z wozu zboże!”, ja mówię: „Tylko wjadę do stodoły”. On na to otworzył nam wrota do stodoły. Jadzia poszła do zapola układać, a ja zrzucam snopki owsa. Były to ciężkie snopki, bo w tym roku zboże obrodziło i owies, był wysoki, taki jak ja, a ziarno dorodne. Ukrainiec przygląda się nam i pokrzykuje: „Skorej! Prędzej, prędzej!”. Spieszymy się zatem bardzo, obie z Jadzią, nikogo więcej w stodole nie ma. W końcu sam bandyta włazi na wóz bierze ode mnie widły i zapędza mnie do Jadzi, do zapola i rzuca w nas snopkami. Śmieje się przy tym z zadowoleniem, że my tak bardzo przestraszone na ile możemy, odrzucamy w bok te snopki. A on jakby było mu mało, jeszcze nie raz postraszy nas tymi ostrymi, dwuzębnymi widłami, na długim trzonku. Myślałam, że z ulgą odetchnę, jak on zabierze nam konie z wozem i pojedzie. Tymczasem Ukrainiec każe położyć sobie dwa siedzenia na wóz i wyjeżdża ze stodoły, a mi każe siadać na wóz i jechać w drogę. Jadzię siostrę moją, pozostawia w stodole wolno. Ja ogromnie przestraszona rozglądam się, co robić, a widzę w oknie wzrok wystraszonej matki. Niestety bandyta nastawił na mnie karabin, krzycząc: „Siadaj i jedź!”. Weszłam na wóz, wzięłam lejce w ręce, ale usiąść nie mogłam, stanęłam przy siedzeniu bokiem i tak , co chwila z wystraszoną miną, patrzyłam na niego.

            Bandyta rozparł się na siedzeniu, drwiąc i z uśmiechem lubieżnym przyglądał się mnie, pomrukując, że fajna jestem. Coś tam jeszcze mówił, ale ja ze strachu nie kojarzyłam tych słów, wcale nie musiałam się bowiem wysilać, by wiedzieć, co mnie czeka ze strony tego zbója. Słyszę zatem tylko: „Skorej! Prędzej, prędzej!”. Dojeżdżamy do zabudowań babci, tam również zasadzony był młody bandyta do pilnowania, by czasem nie uciekli. Ja wskazując na zabudowania mówię: „Tu mój dziadek mieszka, może on pojedzie?”. W tym czasie z domu wyszedł Ukrainiec z dzieckiem na ręku. Bandyta spojrzał, że wychodzi młody mężczyzna i zaraz gwałtownie krzyknął: „Zajeżdżaj!”. Wjechałam końmi na podwórze, bandyta zeskoczył z wozu i do tego mężczyzny, nastawiając się ostrą bronią krzyknął: „Siadaj!”. Ukrainiec ów chciał się wytłumaczyć, ale bandyta nie dał mu dojść do słowa, rozkazywał gwałtownie siadać na wóz. Ja zaś korzystając z tego ich zatargu, zeskoczyłam z wozu i zaczęłam uciekać za zabudowania w pole. Schowałam się w sadzawce pod zwisającymi gałęziami olchy i pomimo, że byłam cała mokra nie mogłam wyjść. Obawiałam się, że Ukraińcy dogadają się w końcu między sobą, zaczną mnie szukać i złapią mnie, zabierając ze sobą do lasu, a tam to już tylko mogła być straszna śmierć. Na drugi dzień wrócił ten Ukrainiec zabrany przez bandytę, przyprowadził do nas nasze konie, ale nie mówił nic o tym, co się wczoraj wydarzyło.

Ja wówczas nie wiedziałam, że to była obława w naszej wiosce. Dopiero potem dowiedziałam się, że w tym dniu bandyci jeździli po wsi oraz w okolicach Swojczowa i brali tzw. podwody. W tej akcji zabierali młodych mężczyzn i kobiety, wywozili pod las w miejscowości Wołczak i tam wszystkich w okrutny sposób wymordowali. Sztab bandy UPA w Wołczaku, gm. Werba, pow. Włodzimierz Wołyński słynął z tego, że jak kogoś złapali to do domu, już nikt nigdy nie powrócił. To właśnie banda UPA z Wołczaka, zdradziecko i tak bestialsko wymordowała ludność Dominopola, a teraz grasowała już i na naszych terenach i podwórkach. I trzeba to jasno powiedzieć, że słynęła nie z bohaterstwa, ale ze strasznych tortur i z krwawej rozprawy z Polakami.

 

DNI TRWOGI I WIELKIEJ PRÓBY SERC

Następna moja osobista przygoda, była w połowie sierpnia 1943 roku, choć niemal każdy dzień, był żywym testem naszych serc i dusz i to zarówno Polaków, jak i Ukraińców z których wielu, nie godziło się na rozprawę z Polakami. Jak już pisałam powyżej chowałyśmy się, już często po rowach, krzakach, ogrodach, tam gdzie można było się schować przed bandą rządną lackiej krwi. Kiedy nastał spokój i cisza powracałyśmy do domu, w którym często pozostawała mama z małą siostrzyczką Jadzią. Tymczasem Ukraińcy wciąż obserwowali nas z poddasza, u Gołębickiego i był ów Pietruk, który wciąż mieszkał w naszym domu i pilnował dobrze. Tak oto ciągle śledzili nas, czy jesteśmy w komplecie, czekając tylko chwili kiedy będziemy razem, by nas ująć. Prawdą jest, że w tamtym czasie los wszystkich mieszkańców Swojczowa był podobny, dlatego wszyscy kryliśmy się w różny sposób. Nam w schronie było dobrze i bezpiecznie, gdyby nie ta plaga, zaplęgły się pchły. Mieliśmy więc nowe utrapienie, gdyż gryzły niesamowicie. Dzisiaj po latach, kiedy mnie nie gryzą śmieję się, kto te pchły tam naniósł, my czy pies, ale w tamtych dniach do śmiechu nam nie było. Tym bardziej, że pchły w tamtych warunkach to szczegół, ważniejsze było, jaki los człowiek zgotował człowiekowi. Dla przykładu dość osobliwą grę prowadził nasz sołtys Cebula, który ciągle zaręczał, mówiąc bandytom, że Rusiecki nie ucieknie. Tatusiowi zaś mówił na stronie: „Pilnuj się, ja w odpowiedniej chwili, powiadomię ciebie, co masz robić!”. 

Wspomniałam o drugiej przygodzie, było mianowicie tak: wychodząc raz z zarośla od strony sadzawek, wchodzę już do ogrodu. Lecz oto widzę, że od strony naszego skrzydła domu, wychodzi partyzant ukraiński w zielonym mundurze, przepasany skórzanym pasem z koalicyjką przez ramię. Od razu stanęłam, a on idzie za drugi róg naszego domu. Stoję zaniepokojona i patrzę, a z mieszkania wychodzi drugi, tak samo ubrany, stoi na ganku i rozgląda się po zabudowaniach. Tak, jakby kogoś szukał. Obraca się w moją stronę, a ja natychmiast poznaję, że to jest mój kolega z lat szkolnych. Ukrainiec Sudak Piotr zamieszkały we wsi Gnojno, syn jednego z bogatszych Ukraińców. Jeszcze nie tak dawno, uczyliśmy się razem w jednej klasie, ja mu się podobałam. Jego zainteresowanie moją osobą, zauważyłam od razu, ale ja nie zwracałam na niego uwagi. On przejawiał to tym, że zaczął kupować mi słodycze, jak: cukierki, chałwę, czekoladki i kładł je dyskretnie pod ławkę na tornister z kartką „SP”. Ja w pierwszej chwili nie zorientowałam się od kogo pochodzą te słodycze, brałam i ze śmiechem zjadałam razem z siostrą Jadzią. Piotr po dłuższym czasie nie wytrzymał mego milczenia i zapytał, czy nie znajduję czegoś pod ławką na tornistrze? Ja lekko zadrwiłam, bo była ze mnie taka psotka: „A czy to nie dla mnie?!”. Obraził się i więcej nie robił mi prezentów.

Teraz widzę, a on stoi w mundurze, broni nie widziałam, ale myślę, że miał przy pasie i patrzy na mnie. Wytrzymuję jego wzrok i idę prosto do niego, nie spuszczając wzroku z jego osoby. Zbliżyłam się o pół drogi przez ogród. Piotr  nie wytrzymał, spuścił głowę i wolnym krokiem podążył za kolegą. To ja prędko wpadłam do domu pytając, co chcieli zrobić, mama mówi nic, z pewnością szukali czegoś, lub kogoś. Ja zrozumiałam, że pewnie chodziło tym razem właśnie o mnie i uciekłam z domu, chowając się. Bałam się bardzo, że wrócą ponownie, by zemścić się za lekceważenie Ukraińca przed laty. Jednak tym razem myliłam się, Piotr nie powrócił po mnie, pewnie zaniechał zemsty. Wiadomo już było powszechnie, że nie jeden kolega Ukrainiec, zamordował swoją koleżankę Polkę i to często w bestialski sposób.

Pomimo tak oto trudnych warunków życia, gdy człowiek bał się własnej koszuli, gdy kryliśmy się po norach dosłownie, jak zwierzęta przed myśliwym, byle by dotrwać do następnego ranka, trwaliśmy. Trwaliśmy tam, gdzie były nasze świątynie, kaplice, przydrożne figury, rodzinne domy, domostwa, nasza rodzinna, tak polska ziemia, ziemia przesiaknięta krwią i potem naszych przodków, przecież od tak wielu wieków. I chyba tylko tą miłością do Boga i do Najświętszej Maryi Panny, królójącej w naszej swojczowskiej świątyni, do rodzinnej ziemi, w końcu do ojczyzny, można tłumaczyć ten nasz zbiorowy upór i trwanie, nawet za cenę zagrożonego życia. W naszej wiosce część Polaków pozostawała zatem, jeszcze w domu i tak: Gronowicze, było ich trzy rodziny, starzy Pawłowscy, Rusieccy, dwie rodziny, Czabski, Martyński z rodziną, Brzezicki z rodziną, Dobrolska z synem, Byczko z rodziną, organista Skoczylas, i wiele jeszcze innych rodzin, których nazwisk nie pamiętam.

 

WYROK W GNOJNIE WYDANY NA POLAKÓW - MIESZKAŃCÓW PARAFII NARODZENIA NMP W SWOJCZOWIE

Wczesnym rankiem 29 sierpnia 1943 r. nasz ojciec Andrzej spotyka się w umówionym miejscu, pod lasem z dobrym Ukraińcem, który przynosi ostrzeżenie, a zarazem ocalenie dla nas wszystkich. Mianowiecie donosi mu, że wczoraj t.j. 28 sierpnia, w Gnojnie zapadła decyzja końcowego, masowego mordowania Polaków. Spiesznie wyjaśnia, że banderowcy otrzymali rozkaz, święcenia narzędzi zbrodni w cerkwiach, aby jak to mówili: „Jest oto w ewangelii napisane: Wyrywać kąkol z pszenicy i rzucić na spalenie!’.”.  Tak też się stało na naszym Wołyniu, gdy rzeczywiście 29 sierpnia 1943 r. święcili w cerkwiach narzędzia zbrodni, a potem pili i czekali, aż się ściemni. Czekali o zgrozo z poświęconymi przez popów siekierami i sierpami, by mordować Polaków, w tym dzieci i kobiety, ogólnie wszystkich, którzy byli jest z plemienia polskiego. I właśnie w ten mroczny czas, czas kłamstwa, nienawiści i wojny, mówił jeden z uczciwych, przychylnych Polakom, Ukrainiec, bo i tacy byli wśród nich: „Rusiecki, jak dzisiaj nie uciekniecie, zginiecie wszyscy! ”.

Ojciec nie zdradzając się przed Pietrukiem, zamieszkałym w naszym domu, że wie co się święci, nakazuje zdecydowanie mamusi: „Bronia piecz pierogi i nic nie mów, musimy szykować się do ucieczki. Udawaj spokojną i zajmij się Ukraińcami, aby nic nie poznali po nas, do czego się szykujemy.”. I dziś widzę to wyraźnie, że tylko dzięki Bożej Opatrzności i osobistym zaletom, to właśnie nasz ojciec Andrzej Rusiecki, wyratował nas wszystkich, od strasznej i pewnej śmierci. Nasz tata nie tylko, że czuwał nad ogółem, ale w stosownym czasie wydał i nam odpowiednie decyzje, a wobec Pietruka sprytnie powiedział: „Jeśli jutro chciałoby się zjeść ciasta, to i napiec pierogów drożdżowych trzeba.”. Ten żołdak uwierzył bowiem nie miał pojęcia, że ojciec ma inne, niż on sam źródła informacji! Tymczasem nasz tatuś je miał ratując, bezsprzecznie życie nam i innym, wieczna mu za to pamięć.

Tak oto uprzedzona mama piekła pierogi, a my gwałtownie zaczęliśmy szykować się do ucieczki. Na sampierw wywiozło się wózek z siostrą Kazią, która mocno zagorączkowała. Do tego wózka Marysia, która pasła krowy pod Rapowym laskiem, zaprowadziła trzy–letnią siostrę Jasię. Teraz tato potajemnie wysyła pod las Rapowy także Jadzię, a tam zbierają się, już powiadomieni polscy sąsiedzi ze Swojczowa. Otwarcie zaś mówi, tak by słyszał, to kręcący się Pietruk: „Idź na pole i przywieź na tym wózku, naciętej wyki dla byka.”. W tym czasie mama z Zosią upiekły już te pierogi, a było już po obiedzie. Zosia mówi: „Zaniosę trochę tych pierogów babci.”. Wymyka się z tymi pierogami z domu, a razem z nią mama Bronisława i przychodzą razem pod las Rapowy. Teraz Zosia wraca po babcię i dziadka i ma za zadanie wyprowadzić ich na łąki za babcinymi łozami. Tam mają czekać, aż ja z tatem Andrzejem dotrzemy do nich.

Ukrainiec Pietruk śledzi nas, zostałam w domu tylko ja i tato, wychodzimy do stodoły, a Pietruk za nami. Słońce na niebie, chyli się ku zachodowi, jest jakiś taki duży, czerwony, cały horyzont. Jednocześnie Marysia dla zmylenia Ukraińców, przepędziła krowy z pastwiska do chlewa. Następnie, jak nakazał jej nasz tata, spokojnie wycofała się przez ogród i dołączyła do reszty, do rodziny, ulokowanej i oczekującej, już pod samym lasem. Nasz kochany tata pomyślał w tych dramatycznych chwilach o nas wszystkich, nawet o naszych sąsiadach w Swojczowie.

W stodole napięcie sięga zenitu, gdyż Pietruk coś jakby zwąchał i niezbezpiecznie zbliżył się do ojca, który wydaje się przewidział i tę okoliczność, zdawał się, być gotowym na wszystko. Ojciec bowiem nie miał nic do stracenia, podszedł do niego i odważenie mówi: „Co Pietruk biut?!”, on w pierwszej chwili nic nie mówił, a ojciec na to tak:  „Biut, biut! Ja wiem! Będę uciekał, ale ty mnie wskaż drogę, którędy mam uciekać, a ja tobie pokażę miejsce, gdzie mam schowane wartościowe rzeczy. Ty weź ze sobą, bo jak przyjdą bić, to potem wszystko zabiorą. Ty będziesz miał wszystko, ja myślę, że jeszcze tu wrócę, to ty podzielisz się ze mną na połowę.”. Pietruk szybko skalkulował, co jest na rzeczy i „wielce lamentując”, tak ojcu odpowiedział: „Tak panoczku! Biut! Biut, Panoczku!” i zaraz jasno, a wymownie dodał: „Pokaż mi też, jak otworzyć sztabę od stajni koni?!”. 

Nasz tata był człowiekiem inteligentnym, znał się na ludziach i wiedział, co siedzi za skórą Pietruka, dlatego powiedział: „Biegnij Piotruniu po klucz francuski.”. Wypełniam wolę ojca i szybko wracam do stodoły z kluczem, w tym czasie Pietruk tłumaczy ojcu, którą drogą mamy uciekać, aby nas banderowcy nie złapali: „Uciekajacie drogą przez Wólkę Swojczowską w stronę Włodzimierza Wołyńskiego.”. Ojciec mu dziękuje i zdradza, gdzie ma znaleźć kosztowności, ale zarazem podaje fałszywe schowki. Pokazuje także, jak otworzyć sztabę, by wziąć nasze konie, Ukrainiec Pietruk rzuca się, by odnaleźć wskazane skarby. W tym momencie ojciec nakazuje mi uciekać w krzaki łozy na babcinym polu i czekać tam na Zosię, babcię i dziadka. Ojciec miał dołączyć później.

            Czekałam zatem cierpliwie w krzakach, ale przyszła tylko Zosia, bez babci i dziadka tłumacząc, że dziadek już gdzieś się schował, a babcia bez dziadka nie chciała się ruszyć z domu. Niedługo przyszedł ojciec. Drogecenny czas uciekał i nie mogliśmy już dłużej czekać, zbliżała się rzeź i musieliśmy, jak najprędzej uciekać. Ojciec zawiesza mi swoje buty skórzane, a na plecy zakłada plecak ze słoniną. Dla mnie ten plecak, był za ciężki, nie mogłam go udźwignąć. Mówię z łamiącym się głosem: „Tatusiu ja nie dam rady, iść z tym ciężarem!”. Ojciec bierze więc plecak w swoje ręce i mówi do nas: „Chodźcie, schowamy go w schronie, nie pokazałem Piertukowi, gdzie jest ten schron.”. Przybliżyliśmy się do naszych zabudowań, patrzymy, widzimy błyski latarek kieszonkowych, nasz dom zaczęli obchodzić banderowcy, świecąc lampkami i dając sobie znaki. Z jednej strony my, a z drugiej „ryzuny”, którzy właśnie okrążają nasz dom, by nas wszystkich znienacka wymordować. Chwila była naprawdę dramatyczna, rzuciliśmy zatem plecak w konopie i zaczęliśmy uciekać do lasu, w stronę kolonii Boża Wola, w odwrotnym kierunku, od wskazanego przez ryzuna Pietruka.

Był to las nasz i naszych sąsiadów i była tam już cała nasza rodzina. Sąsiedzi na wieść, że my jedziemy z wózkiem, w którym jedzie chora siostra Kazia i mała Jasia, opuścili pospisznie las, mówili: „Wózek może nas zdradzić, wobec grasującej watachy zbójców.”. Jak mówił znacząco Brzezicki: „Wózek z dzieckiem będzie turkotał.”. W tej sytuacji szliśmy sami brzegiem lasu i miedzami, z jednej strony wioska Boża Wola, gdzie słychać było jadące wozy, pełne uzbrojonych Ukraińców na rzeź do Swojczowa, a z drugiej strony duża ukraińska wieś Wólka Swojczowska. Słychać gwar i krzyki, a na dworze, coraz ciemniej, tylko snuje się mgła po polach. Na niebie księżyc okrągły, świeci otoczony przeraźliwą mgłą.

Idziemy jednak śmiało na róg lasu i duży wyrąb drzewa, częściowo zarośnięty krzakami za Wólką Swojczowską. Księżyc zaczął wychodzić zza chmur, już zbliżamy się do końca drogi pod las, słyszymy krzyki i bieganinę, ktoś bluźni i krzyczy: „Ty nie szoł wojować, a jeszcze Polaczków przechowujesz?!”. Słyszymy trzaski, strzelaninę, a strasznie szczekają psy. Było to nasze szczęście, gdyż na rogu lasu wystawiona przez Ukraińców warta, zauważyła chowającego się właśnie Polaka. Chował się nieszczęśnik, gdzieś w zabudowaniach, jakiegoś Ukraińca, a owi wartownicy, teraz wściekle rzucili się, by go łapać. W powstałej sytuacji, ta niedogodna dla nas warta, opuściła swoje stanowiska, co udogodniło nam ucieczkę do lasu. Można powiedzieć: szczęście w nieszczęściu.

 

NIEPOKALANA NAD WYRĘBEM

Wjeżdżamy szybko do wysokiego lasu, gdzie jest już niesamowicie ciemno, uciekamy jednak dalej. Po chwili zatrzymujemy się w miejscu, gdzie jakiś czas temu, był duży wyrąb drzewa, a teraz porosły już młode drzewka i krzewy. Nasz tatuś nakazuje nam cicho, aby się dobrze ukryć pod tymi krzakami i czekać. Wypełniamy bez słów jego polecenie i każdy z nas staje pod innym krzewem, a to na wypadek wykrycia nas przez ukraińskich bandziorów. Tymczasem tatuś i moja starsza siostra Zosia, udają się szukać dalszej drogi i po chwili docierają do leśnej gajówki. Od razu zauważają na podwórku bestialsko pomordowanych ludzi, ale nie są tym przerażeni, zdążyli już nasiąknąć krwią męczenników. Nie zatrzymują się, nie ma czasu do stracenia, idą spiesznie dalej. Tak przekradają się potajemnie do drogi, która omija bagna, tak abyśmy mogli dostać się z wózkiem do miasta Włodzimierz Wołyński. Niestety na własne oczy widzą, jak drogą która prowadzi do wsi Boża Wola, jadą właśnie pijani „rezuni” na rzeź do Swojczowa.

Tymczasem my w wielkim strachu czekamy na nich, poukrywani w krzakach na wyrębie. Bardzo się boję i gorąco modlę do Matki Bożej odmawiając modlitwę: „Pod Twoją obronę....”, wznoszę przy tym oczy do góry, tam szukając pomocy w tym tragicznym, naszym położeniu. I o dziwo z chmur na niebie kształtuje się postać Madonny w białej sukni, okrytej niebieskim płaszczem. Zaskoczona widzę jak Maryja schodzi do mnie coraz niżej. Z jej dłoni rozchylonych nieznacznie i opuszczonych w dół biją niezwykłe,  jasne promienia światła. Dookoła niej, choć jest noc, wyraźnie widzę białe chmury, a ona wciąż się opuszcza i jest coraz bliżej mnie. Widzę jak strumienia światła z jej rąk, sięgają już konarów i liści krzaków na tym wyrębie, pod którymi stoi ukryta moja rodzina, w tym także ja. I w tym momencie ogarnia mnie straszna trwoga, nie wiem dosłownie, co się ze mną dzieje. Wyskakuję ze swojej kryjówki i biegnę, nic nie słyszę i nic nie czuję, biegnę do mojej mamy. Przybiegam do niej, wciąż stoi przy wózku, na którym siedzi nasza mała, chora siostra Kazia oraz mała Jasia i cała roztrzęsiona mówię tak: „Mamo postać Matki Bożej schodziła do mnie z tych oto chmur, które teraz podnoszą się na niebie do góry!”.  Mama zaraz zaczęła mnie uspokajać tymi słowami: „Nie bój się dziecino, to znak, że  Ona nas obroni i wyprowadzi z tej matni. Nie bój się, nie bój!”. Tak zakończyło się to objawienie Najświętszej Maryi Panny na tym wyrębie, które pozostało w mojej pamięci, aż do dziś do późnej mojej starości.

            Ruszyliśmy wyrębem koło leśniczówki, tam już byli pierwsi uciekinierzy. Ojciec nakazał nam iść gęsiego, a gdyby Ukraińcy nas dopadli, mieliśmy uciekać każdy na swoją rękę w inną stronę. Przeszliśmy pod bagna nocą, ale bez rozpoznania terenu, trudno było wyruszać dalej, trzeba było zatrzymać się do świtu, poszukać groblę i przejść przez nią. Aż tu około godz. 2.00 w nocy ogromny huk i łuna rozświetlona nad Swojczowem. To wysadzony został przez Ukraińców nasz Kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Przerażeni i skuleni z bólu i strachu patrzyliśmy na łunę, która długo pozostawała na niebie. W sercach naszych było to jedno słowo: „zgroza” oraz to staropolskie „Panie Boże dopomóż!”  i „Martko kochana ratuj nas, dzieci swoje z tej pożogi.”.

            Gdy się trochę rozwidniło ojciec z Zosią znaleźli groblę, po której mieliśmy przejechać wózkiem. Spotkaliśmy tam także naszych sąsiadów, w tym: Brzezickiego, Kulczyka, Czabaskiego, Martyńskiego i wiele, wiele innych osób z okolic Swojczowa. Umówili się wszyscy, że nie będą ryzykować i nie pojadą groblą, bo tam mogą czatować Ukraińcy, pójdziemy przez bagna. Rozeszli się wszyscy i pochowali po krzakach, aby przeczekać dzień. My przenieśliśmy wózek przez wodę na kępę zarośniętą olszyną. Ojciec wyłamał jeszcze kilka gałęzi, obstawił nimi wózek i tak przesiedzieliśmy cały dzień 30 sierpnia. Była też groźna chwila, kiedy zobaczyliśmy jak dwóch Ukraińców z karabinami i psem na sznurku idą między krzakami, szukając zbiegłych Polaków. Ojciec od razu kazał nam się położyć na ziemię i mówi: „Cisza!”. Sam lekko się podniósł i kierował ręką z rewolwerem na Ukraińców. Widziałam ten strach w oczach ojca, tą trzęsącą się rękę i skaczące żółte zęby. Myślałam wtedy: „To koniec, w takim stanie ojciec nie trafi żadnego z nich!”. Na szczęście Ukraińcy przeszli obok wody, a pies nie wytresowany, nie naprowadził ich na ślad.

            Wodę piliśmy z jednej butelki, a nabieraliśmy z bagna i przesączaliśmy przez chusteczkę, zatrzymującą brudny osad. Jednak mimo wszystko źle sie działo, oto siostra Kazia miała ponad 40 stopni gorączki, zachorowała na szkarlatynę. Całe szczęście, nikt się od niej nie zaraził, skuleni siedzimy pod krzakami i odpoczywamy, po trudzie przebytej drogi i tak ciężkim dniu. W tym czasie sama do końca nie mogę określić, co się dzieje ze mną. Słyszałam i widziałam za to, że ucieka nas dużo tym lesem, bo nocą słychać było wyraźnie: jak ktoś zakaszlał, jak dziecko zapłakało, słychać było zresztą szloch niejednego. Z początku słyszę także, jak ktoś idzie przez krzaki, mi serce podchodzi do gardła, rozchylają się gałęzie i ..... staje przede mną, starszy kolega z naszej wioski: Eugeniusz Buczek.

Już wczesną wiosną włączył się w ruch samoobrony Polaków, poszedł do naszej partyzantki, a gdy był w naszej wiosce ostatni raz, dał mi srebrny pierścionek ze złotym serduszkiem. Powiedział wtedy : „Weź go, abyś pamiętała o mnie, ja muszę już odejść, jestem związany przysięgą i nie mogę powiedzieć Tobie gdzie.”. Były to jego ostatnie słowa. Ja ten pierścionek nosiłam na palcu. Wieczorem zaczęliśmy się przeprawiać przez trzęsawiska i bagna oraz przez szerokie rowy wypełnione wodą. Swobodne przejście nimi, było właściwie niemożliwe. Mężczyźni wyłamywali po temu długie pręty i kije, podawali jeden koniec, a my trzymaliśmy się mocno i tak przeciągali nas na drugą stronę. Pamiętam do dziś, jak przechodziłam przez te trzęsawiska, nogi zapadały się, gdy wyciągam jedną nogę z bagna, drugą zaczepiałam o korzenie, które pościągały mi buciki, pozostałam boso. W końcu udało się przebrnąć i ten koszmar i dotrzeć na suchy ląd. Zebraliśmy się na polanie, gdzie były postawione trzy stogi siana. Tam ułożyliśmy się wokoło tych stogów i odpoczywaliśmy. Czekaliśmy świtu, by wyruszyć w dalszą drogę do Włodzimierza Wołyńskiego. W tym czasie zebrało się i dołączyło do nas około 80-90 osób. W tamtych okolicznościach i warunkach, było to bardzo dużo ludzi.

 

            DRUGI DZIEŃ UCIECZKI

Jest to drugi dzień ucieczki, zmęczenie ogromne, a przy tym wszystkim strach nas nie opuszcza. Cisza dookoła, tylko nad nami od czasu do czasu słychać strzały i widać lecące kule zapalające. Zaczyna świtać, zbieramy się wszyscy razem, ustawiamy i powoli zaczynamy posuwać się w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego. Młodzi mężczyźni na przedzie ciągną wózek, w którym jedzie chora Kazia i mała Jasia, wózka trzyma się mamusia i tak jak zahipnotyzowana idzie za dziećmi. Potem idą mężczyźni z bronią, mieliśmy dla naszej obrony, już nie pamiętam, bodajże pięć karabinów i trzy rewolwery, czy odwrotnie. Wiem, że niektórzy dla upozorowania, że mamy więcej broni, przywiązali kije na plecach, imitujące karabiny. Nagle strzały nad nami słychać i głośne po polsku: „Stój! Kto idzie?!”. Nasza czołówka kazała wziąć do ręki coś białego, podnieść do góry i machać, tak powoli szliśmy. Zobaczyliśmy na wzgórzu kilku mężczyzn z patrolu. Nadal pytają: „Kto idzie?!”. My krzyczymy: „Polacy! Uciekamy spod siekiery!”, pytają: „Skąd?!”, odpowiadamy: „Z okolic Swojczowa”.

            Tym razem my uciekinierzy mieliśmy szczęście, była to zorganizowana polska samoobrona, złożona z młodych ludzi, którzy już wcześniej uciekli do Włodzimierza Wołyńskiego. Był tam również nasz znajomy Ludwik Świda, poznał nas. Patrol pomylił wózek z kulomiotem, prowadzonym na przedzie. Mówił nam o tym Świda: „Myśleliśmy, że to Ukraińcy podchodzą na przedzie, chcąc po ciemku napaść na naszą placówkę.”. Podali nam gorącą czarną kawę, która nas pokrzepiła, bo to już drugi dzień, jak trwała ta dramatyczna ucieczka. Widziałam tłum wystraszonych ludzi, byli też i ranni. Jeden chłopiec około 10-cio letni, biegnie z rozciętą skórą na skroniach. Twarz zalana krwią, skóra na czole zwija się w jedną stronę do oczu, a w drugą do włosów. W szoku mówił do nas: „Zarąbali mego ojca, zarąbali moją matkę, a ja wyrwałem się i uciekłem, dosięgnął mnie tylko koniec siekiery.”. Długo ten widok miałam przed oczyma, przecież na czole jest cienka skóra, a pod nią czaszka.

 

                WE WŁODZIMIERZU WOŁYŃSKIM

                Ruszyliśmy drogą do Włodzimierza Wołyńskiego: ubrudzeni, cali wymazani w bagiennym błocie, nadto wystraszeni, wręcz przerażeni. Rankiem 31 sierpnia docieramy do przedmieść miasta, a oto podąża w naszym kierunku niemiecka żandarmeria na dwukółkach (rodzaj rzymskiego rydwanu) . Tarcze pobłyskują na ich piersiach, a ciągnie ich czterech Żydów, zaprzężonych niczym konie. Pytają nas niby: „Skąd wy przychodzicie, czy aby nie spod ukraińskiej siekiery?”, jakby nie wiedzieli, co się dzieje w terenie. I oto widzę, dobrze rozpartych, butnych Niemców, którzy niejako z politowaniem, kręcą głowami nad naszym nieciekawym losem. Myślę sobie w sercu: „Widziałby kto, jak oni nas to żałują, a nie biorą pod uwagę, że to właśnie z ich przyczyny, że to osobiście w dużej mierze ich wina, naszej nieludzkiej klęski i obecnych cierpień.”. Byłam młoda, ale tyle mogłam już pojąć, by rozpoznać skażone owoce ich wilczej polityki, by mieć to przekonanie o niemieckiej winie, by nie mieć złudzeń w obliczu naszego obecnego nieszczęścia.

            Na przedmieściu powitał nas proboszcz ze Swojczowa ksiądź Franciszek Jaworski. Błogosławił nas krzyżem i głośno dziękował Panu Bogu za nasze ocalenie, mówił nam wzruszony: „Gdybyście tam zginęli, do końca życia miałbym wyrzuty sumienia, że dla ratowania swego życia, zabrałem przecie ojca, tak licznej rodzinie.”. Ksiądz Jaworski udzielił nam pierwszej pomocy, przyjmując serdecznie w swoim tymczasowym miejscu zamieszkania, częstując obiadem i osobiście odwożąc chorą Kazimierę do szpitala. Siostra spędziła tam blisko dwa miesiące. Potem odprowadził nas wszystkich do państwa Szelęgiewiczów, gdzie od pewnego czasu znajdował się, już bezpiecznie małoletni nasz brat Piotruś Rusiecki.

            Byłam tak zmęczona, że gdy przyszłam na podwórze Szelęgiewiczów, niemal natychmiast zapadłam, jak kłoda w b. głęboki sen. Nie wiem, jak długo spałam! Obudził mnie ojciec, który szarpiąc mnie powiedział: „Wstawaj, pójdziesz z nami!”. W pierwszej chwili nie wiedziałam, co się dzieje, potem pomyślałam: „Po prostu wojna!” i wstałam. Patrzę, a stoi także stryj Józef Rusiecki i każe mi wsiadać na wóz drabiniasty, bo pojedziemy za miasto. Przy czym ja, jeszcze nieprzytomna, zerwana tak ze snu, o mało nie wpadłam między szczeble. Ojciec zaś mówił do mnie: „Piotrunia trzymaj się, musimy jechać, zaraz tu wrócimy. ”. Potem okazało się, że gdy my zbliżaliśmy się do miasta ojciec, który nie dowierzał Niemcom, po drodze schował swój rewolwer, jeszcze kawał przed miastem. Dlatego teraz razem ze stryjkiem upozorowali, że oto jadą na łąkę po siano, zabierając parę wideł z długim i krótkim trzonkiem. Do mnie zaś ojciec powiedział: „Wiedziałem, że jesteś najodważniejsza z moich dzieci, dlatego zabraliśmy właśnie ciebie.”. Tak oto odjechaliśmy dość daleko od miasta, gdy ojciec powiedział do mnie: „My idziemy po broń, gdyby nas teraz Ukraińcy zaskoczyli i zabili, to ty prędko uciekaj z wozem i końmi do Włodzimierza Wołyńskiego. ”. Po tych słowach wzięli widły w ręce i poszli w krzaki, po pewnym czasie wrócili bezpiecznie i już bez większych przygód dojechaliśmy do miasta.

            Tak oto można powiedzieć zakończył się jeden etap mego życia, ucieczka z ziemi praojców moich z naszego Swojczowa. Rozpoczynała się zarazem inna nasza gehenna: walka z głodem, walka o nasze przetrwanie w warunkach wojennych. W moim dzieciństwie nie zaznałam, co to znaczy głód. Ojciec nasz był bowiem człowiekiem niezwykle zaradnym i starał się, aby nasza rodzina miała wszystko, co jest potrzebne do normalnego rozwoju i wzrostu w najlepszym wydaniu. Widzę dziś wyraźniej, jak bardzo nas wszystkich kochał i nieraz robił nam wyrzuty, że my zdajemy się tego nie rozumieć. Prawdą jest zatem pospolite powiedzenie: „Jeśli człowiek nie doświadczy czegoś na własnej skórze, to i rozumiał nie będzie.”. Po latach widzę to wyraźniej, niż w tamtych, młodych i psotnych latach, ale cóż takie to już życie. Była to dla nas zatem, niezwykła szkoła przetrwania, szkoła prawdziwego życia. Pierwszy posiłek otrzymaliśmy z łaski ks. Franciszka Jaworskiego, ale na drugi trzeba było już ciężko zapracować. To nie było dla nas jeszcze zaskoczeniem, jednak były teraz inne wyzwania: gdzie, czym i w jaki sposób mamy ten chleb zdobywać? A to było już czymś zupełnie nowym, zdawać by się mogło nierealnym. Tymczasem głód przypominał nam codziennie, że to nie jest bynajmniej zły sen, ale właśnie ciężkie, zwykłe realia wojny. Było nas siedmioro rodzeństwa, wszyscy kochaliśmy się wzajemnie, chociaż każde z nas było inne, inaczej reagowało i inaczej, każdą chwilę przeżywało. A jednak dzięki Bożej Opatrzności i dobrym ludziom, daliśmy radę, choć dziś z perspektywywy wielu lat, wydaje się to wprost nieprawdopodobne.

 

                WALKA Z GŁODEM I UKRAIŃCAMI

            Był to już wrzesień 1943 r., ale nie wszystkie zboża zostały zebrane z pola. Były bowiem takie miejsca, gdzie gospodarstwa pozostawione przez uciekinierów, stały bez opieki, przy czym sami Ukraińcy bali się zamieszkać w tych gospodarstwach. Zatem my, którzy głodowaliśmy we Włodzimierzu Wołyńskim, bardzo często robiliśmy wypady po zbawienne zboże z pól. Wyglądało to, jak w bajce, tak bardzo rzeczywostość spletła się z tym, co mogłoby wydawać się nierzyczywistością. Oto daleko na wzgórzu, chodzi swobodnie patrol ukraiński, gdy z naszej strony chodzi patrol samoobrony, a w pasie można powiedzieć bezludnym, my zwykli ludzie, którzy z lękiem zbieramy żyto na ziarno. Były takie momenty, że można było zginąć od kuli, czy to od jednej, czy to od drugiej strony. Ukraińcy obserwowali bowiem bacznie nas i naszą ochronę, gdy nasi podobnież: obserwowali i nas i uzbrojonych, a tak nieprzewidywalnych, żądnych krwi Ukraińców. To był jeden dosłownie „cyrk na kółkach”, tyle że nam nie było wcale do śmiechu, bo czy to mażna nazwać odwagą? Nie! To straszny głód nas tam wygnał, głód który nie wybierał, ale gnał nas wprost pod ukraińskie lufy, po zboże, po kilka kartofelków, czy buraków, byle starczyło na zupę dla naszych rodzin. Jednym słowem koszmar, ale trzeba było żyć.

            Nasza rodzina składała się z dziesięciu osób do wyżywienia. Na wypady po żywność mogło jeździć tylko nas troje lub czworo, nie bała się jechać z nami nasza siostra Jadwiga. Jadzia była małą, wątłą, szesnatoletnią dziewczyną, przy tym b. słabą. Pamiętam, jak pewnego razu pojechaliśmy po zboże z inną polską rodziną Gaczyńskich, w tym czasie nie posiadaliśmy bowiem, ani koni, ani własnej furmanki. Ochronę zapewniał Bolesław Gaczyński, który był w tym czasie w samoobronie i  chodził w widocznym miejscu z karabinem. O dziwo, ten jeden uzbrojony i gotowy do walki mężczyzna, był w stanie odstraszyć potencjalnych wilków! W tym czasie Eugeniusz Gaczyński kosił żyto, Jadzia robiła powrósła, a ja i Zosia oraz dwie siostry Gaczyńskiego odbierałyśmy zboże, wiązałyśmy i kładłyśmy na wóz. Ten wypad za miasto zakończył się pełnym sukcesem i z zadowoleniem wróciliśmy do domów. Bolek Gaczyński powiedział jednak: „W to miejsce już więcej nie pojedziemy, ponieważ Ukraińców tam dużo, a ja sam jeden.”. I zaraz dodał: „Jest to zbyt dużym niebezpieczeństwem dla nas wszystkich, choć teraz nic nam już nie grozi, wracamy bezpiecznie!”. Po tych słowach poczęstował nas orzechami, zebranymi w lesie, a ja dziś tak sobie o tym dumam, że takie chwile bardzo łączą ludzi, a on Bolek miał i dobrą intuicję i potrzebne doświadczenie.

            Nie minęło dużo czasu, a zaplanowaliśmy drugi wypad po żywność i wyruszyliśmy za miasto. Tym razem celem była polska placówka samoobrony, położona około 5 km za miastem. Uczestnikami wyprawy było wielu Polaków, uprzednio wygnanych z rodzinnych miejscowości, gdy z naszej rodziny był tato Andrzej Rusiecki, najstarsza siostra Zosia, Jadzia i ja sama. Na cegielnię przyszliśmy boso, tymczasem ziemia tam była twarda, czerwona glina i nasze stopy mocno to odczuły. Nie to było jednak najważniejsze, oto bowiem załadowaliśmy się na wozy, jak snopki ścięte i ruszyliśmy z wielkim krzykiem, jak horda tatarska na przełaj, poprzez pola, rowy i miedze na wioskę, którą zamieszkiwali teraz Ukraińcy. Z samoobrony wyruszyło z nami około 20 chłopców pod bronią. Mimo dużej wrzawy czynionej z naszej strony, nie było łatwo, gdyż Ukraińcy stawili twardy opór, a kule świstały nam nad głowami. Rozbiliśmy się za łupem. Ja z Jadzią miałyśmy worki więc ruszyłyśmy do sadu i ogrodu. W pierwszej chwili nie wiedziałam, co brać. Warzywa były wszystkie, a w sadzie piękne jabłka i śliwy, gdy my w mieście odczuwaliśmy dotkliwy głód. Zorientowałam się jednak szybko, że najodpowiedniejsze będą buraki ćwikłowe, bo z trzech buraków i marchwi nagotuje się, choć postną, ale smaczną zupę dla całej rodziny. Jadzia poszła zaś za moim przykładem, więc prędko nadarłyśmy tych buraków, marchwi oraz jedną główkę kapusty i szybko wracamy się do swoich.

            W tym czasie Ukraińcy znać zorientowali się, ilu jest naszych żołnierzy i zaczęli intensywnie nacierać. Nasza ochrona zaczęła ustępować, dając gwałtowne znaki do wycofywania się. Spojrzałam na automat jednego z naszych chłopaków, lufa była rozgrzana do czerwoności. Powstał popłoch, wszyscy zaczęli uciekać i my też z tymi burakami na plecach, co sił mamy w nogach. Ja starsza i silniejsza prędzej uciekam, dobiegam do drogi, a tam już furmanki uciekają, co koń wyskoczy. Krzyczę, żeby mnie zabrali ze sobą. Zatrzymał się jeden chłop i gdy ja już usiadłam, Jadzia była jeszcze kawałek drogi. Biegła biedna, biała jak trup, a jednak nie rzuciła tych buraków. Prosiłam chłopa, by zaczekał i zabrał Jadzię, znów miałyśmy szczęście, gdy usłuchał i poczekał na siostrę. A było już b. niebezpiecznie, gdyż za nami tylko jedna furmanka, zdążyła jeszcze uciec przed bandziorami. Zaraz potem na drogę wpadli Ukraińcy, otoczyli uciekających Polaków i wszystkich z miejsca wymordowali. Mówiło się potem, że aż osiem furmanek nie powróciło na Cegielnię, a ilu ludzi to już nie wiem. Tak, to był jeden z najstraszniejszych dni w całym moim życiu, okropny czas, gdy walcząc z głodem, człowiek o włos umykał od śmierci, gdy zbrodniarz i morderca, w biały dzień czaił się tylko o krok.

            Ojciec po tym wypadzie, kategorycznie zabronił nam, jakichkolwiek wypadów poza teren miasta, głodna natura okazała się jednak, być mocniejszą nawet, niż ojcowskie nakazy. Niemiec żywności nie dał, a od Ukraińca ludzie uciekali, ratując życie i jedyne, co nam pozostawało, to wypady po żywność. Po prostu wychodziłam z siostrami na opuszczone wioski przez Polaków, czy Ukraińców, gdyż i takich nie brakowało, by wyrwać buraka cukrowego na osłodzenie kawy, ukopać wiaderko kartofli, czy choćby zacharapcić główkę kapusty, abyśmy mieli na czym zupy nagotować. A czasy były wciąż straszne. Pewnego razu poszliśmy w stronę miejscowości Piatydni. Przodem jechał wóz, a my rzucałyśmy na ten wóz wszystko, co udało się znaleźć. Przejeżdżając koło opuszczonej chaty polskiej, zaszłam zobaczyć kto tam jest, a oto ujrzałam zamordowanego gospodarza Polaka, który leżał na podłodze. Po latach są to dla mnie przykre wspomnienia, ale one we mnią wciąż są, wciąż żyją i pulsują w moim sercu. W tym czasie nasza rodzina, wciąż zamieszkiwała u państwa Szelęgiewiczów.

 

            ODPOWIEDŹ MŁODZIEŻY NA BARBARZYŃSTWO

            Często chodziłam na cmentarz, oglądać przywożonych, pomordowanych Polaków, a było tych ofiar b. dużo. Widziałam zwłoki mocno zmasakrowane, były połamane ręce i nogi, wydarte oczy. Jeden chłopiec został oskalplowany, ściągnięto mu także skórę z twarzy, a głowa z obciętymi uszami leżała na lewym ramieniu. Kobieta będąca w ciąży miała rozcięty brzuch, włożono tam prześcieradło, a jej dziecko leżało obok, inny chłopiec miał wybitą dziurę w plecach i tam też wepchnięto prześcieradło. Spotykało się kobiety z obciętymi piersiami, dużo osób widziałam z podciętymi gardłami. Widoki te wzruszały nie tylko nas, którzyśmy to wszystko przeżyli osobiście, ale wszystkich ludzi, każdego kto jeszcze pozostał w sercu człowiekiem. U wielu rodziło się naturalne poczucie doznanej krzywdy oraz niestety mimowolne odruchy zemsty i to wobec okrutnych Ukraińców, jak i Niemców.

                Tak zrodziła się wśród młodzieży polskiej idea samoobrony przed niemieckim, a szczególnie ukraińskim barbarzyństwem. Wtedy to Polacy zorganizowali się i stawiali śmiały opór, tym dwóm wrogom, ratując swoje rodziny i bliskich. Przychodziło to b. trudno i pociągało za sobą dużo ofiar w ludziach, brakowało bowiem broni i amunicji, a do konspiracji zgłaszali się często chłopcy młodzi i bez doświadczenia. Taka sytuacja we Włodzimierzu Wołyńskim była groźna i nie mogła trwać długo, naprężenie polityczne rosło z dnia na dzień. Niemcy mieli w mieście legalny oddział składający się z Ukraińców, byli też własowcy SSO. Pozycja niemiecka na froncie była już mocno zachwiana, dlatego Niemcy stawali się w mieście, coraz bardziej nieobliczalni. Na wsiach i po lasach tymczasem, w najlepsze już grasowały bandy UPA, przez ludzi zwane potocznie: rezuny, bandery i bulbaki. I właśnie na przeciw wszystkim, tym bandom i zagrożeniom, wychodziła towrząca się przy końcu września 1943 r. partyzantka polska na Bielinie. Jednym z pierwszych oraganizatorów był warszawiak, znany u nas pod psełdonimem: „Piotruś”.

            Nie brakowało naszej wołyńskiej młodzieży odwagi, mogła być przykładem jak walczyć o wolność i niepodległość Polski, słabiej było z umiejętnościami organizacyjnymi. Znanym mi dobrze, cichym moim bohaterem był 23–letni Bronisław Bedychaj, ps. „Czech”, który będąc jeszcze w szkole, jako uczeń wyróżniał się w nauce. Często był stawiany na wzór innym za swoją pilność i jeszcze przed wojną, nauczyciele z naszej szkoły, dopomogli mu dostać się do szkoły kadetów – pilotów w Warszawie. Uczęszczał do niej bezpłatnie, a w tamtym czasie, gdy wszyztko kosztowało, było to ogromne wyróżnienie. Przez okres okupacji przeszedł różne koleje w swoim młodym, cichym życiu. Owocowało to także i tym, że porywał za sobą dużo młodzieży, a w organizowaniu i w konspiracji, był jednym z pierwszych.

 

MŁODZIEŃCZA FANTAZJA BRONKA BEDYCHAJA

            Nie zapomnę tego nigdy, jak pewnej jesiennej niedzieli, jeszcze w 1943 r., Bronisław Bedychaj ps. „Czech”, zebrał około 150 męskiej młodzieży i wprowadził ich ustawionych czwórkami do kościoła farnego we Włodzimierzu Wołyńskim na mszę świętą. Nabożeństwo było szczególne, wszyscy modliliśmy się w niezwykłym patriotycznym uniesieniu, dookoła wojna, gehenna, śmierć i pożoga, a tu polska młodzież. Młode polskie wojsko i to czwórkami wobec Ołtarza i historii polskiego Narodu. Łzy radości „popłynęły strumieniami”, gdy po mszy wszyscy zaśpiewali tę pieśń, której nie wolno było wówczas śpiewać: „Boże coś Polskę przez tak liczne wieki, otaczał blaskiem potęgi i chwały, coś ją ochraniał tarczą swej opieki od nieszczęść, które przygnębić ją miały. Przed Twe Ołtarze zanosim błaganie..... .”. I żeby tego było jeszcze mało, gdy wszyscy opuścili już świątynię, zapewne ku pokrzepieniu serc, gromko zaśpiewali Rotę: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród! Nie damy pogrześć mowy. Polski my Naród, polski lud..... .”. W takiej scenerii i po tym wszystkim, z wielką fantazją, poprowadził Bronek wszystkich młodych chłopców z bronią prosto na Bielin. My wszyscy w kościele i poza murami, płakaliśmy ze szczęścia. Jak na ówczesne czasy i tak młodego dowódcę, był to wyczyn, który nie tylko że pozytywnie wpływał i mobilizował chłopców, ale podtrzymywał na duchu nas wszystkich, tak zgnębionych w mieście.

            Partyzantka bielińska mieściła się 7 km od miasta Włodzimierz Wołyński, w osadzie zamieszkiwanej przez Krakusów. Krakusy byli to zasłużeni legioniści, którzy jeszcze przed wojną stanowili wojskową elitę Wołynia. Oni to właśnie brali udział we wszystkich świętach narodowych, będąc widocznym znakiem i wzorem dla naszej młodzieży, przybierając na te chwile mundury wojskowe z bronią u boku. Teraz także stanęli na wysokości zadania i choć wielu z nich, było już w podeszłym wieku, zorganizowali się i chętnie przygarnęli pod swoje skrzydła partyzantów. Umieścili ich w swoich stodołach, żywili, leczyli z doznanych ran i chorób. I właśnie na takiej rzyznej ziemi polskich, „bielińskich serc”, wśród serdeczności i zrozumienia wzrastała partyzantka na Bielinie.

            Nie było to do końca po myśli Niemców i jeszcze kiedy partyznatka na Bielinie, była w zalążku organizacyjnym, chcieli ten ośrodek zniszczyć. Wysłali tam zatem ukraiński oddział „SD” pod niemiecką komendą, ale choć nasi sformowali na razie, tylko trzy kompanie, dzielnie się bronili. Niemcy wsparli nadto swój oddział, dobrze wyćwiczoną artylerią węgierską, tzw. „Madziarami”. Jednak pomimo większej siły, nacierający nie odnieśli żadnego sukcesu, nasi bowiem twardo odpierali ataki, nie dopuszczając nieprzyjaciela bliżej, niż na zasięg karabinowej kuli. Po całodziennej bitwie oddział nacierających SD–eków powrócił do miasta. Jak potem donoszono ze strony niemieckiej było około 50 – ciu zabitych i wielu rannych, również i po polskiej stronie byli zabici i ranni. Polscy partyzanci z rannymi Niemcami obeszli się dość humanitarnie, opatrzyli rany i odwieźli do miasta, wozy ścieląc grubo słomą dla ulżenia w cierpieniu. Z jeńcami pojechały dwie kobiety z listem od dowództwa na Bielinie.

W liście pisano, że polscy partyzanci nie chcą walczyć z Niemcami, a zorganizowali się dla obrony własnej i swoich rodzin przed ukraińskimi rezunami. Pomijając racje ludzkie i humanitarne, wśród Polaków mówiło się także, że nie wszyscy Madziarzy podczas tej akcji, chcieli się bić z polską partyzantką. Poza tym polscy partyzanci wiedzieli dobrze, że w tej krytycznej chwili dla Niemców nie trzeba ich specjalnie dalej rozdrażniać. Nie było po temu sił, a do tego większość rodzin, wciąż znajdowała się przecież w rękach Niemców, którzy gospodarzyli we Włodzimierzu Wołyńskim. I po temu także w tej wojennej pożodze, trzeba było jakoś zameldować się w mieście.

                W opisanym wyżej starciu, odwagą wyróżniał się, mój cichy bohater Bronek Bedychaj. Niestety inny mój kolega szkolny o nazwisku Pietrowski nie miał tyle szczęścia i zginął, pogrążając w smutku członków swojej rodziny: jakaś pani doktor i ktoś w dowództwie oraz nas wszystkich. Kondukt żałobny na cmentarz we Włodzimierzu Wołyńskim, poprowadził sam Bronek oraz kilkunastu innych partyzantów. Chłopcy szli z bronią, a Bronek salutował oddając honory, gdy ja przyglądałam się wszystkiemu. Powiedziałam mimochodem, że ten zabity partyzant, był moim szkolnym kolegą, wtedy pan Szyrkowski na pamiątkę zrobił mi zdjęcie konduktu żałobnego. Potem mi je wręczył i przez całe lata, było to dla mnie b. cenne zdjęcie, niejako niemy świadek naszej „wołyńskiej, żołnierskiej epopei”. Grubo już po wojnie przyjechał do mnie z Warszawy pan Jan Tadeusz Stanisławski, b. mieszkaniec Swojczowa i zwierzył się, że zamierza napisać, a potem wydać książkę o Wołyniu. To był człowiek szanowany i odpowiedzialny, zaufałam mu i udostępniłam swoje zdjęcie oraz własne notatki, niestety po dziś dzień mi ich nie zwrócił.

 

                WOJENNA RZECZYWISTOŚĆ

            Niemcy młodzież polską systematycznie wywozili na przymusowe roboty do III Rzeszy, a część zabierali do kopania okopów, rowów i innych robót w mieście, których na codzień nie brakowało. W domu pozostawali tylko starzy i chorzy. Siostra Zosia załatwiła sobie pracę w miejskim szpitalu, dostała tam: „azwajs”, pracowała codziennie. Ja i młodsza siostra Jadwiga trochę ukrywałyśmy się przed łapankami do kopania okopów, ale na dłuższą metę, było to niemożliwe. W tej trudnej sytuacji znowu dopomógł nam ks. Jaworski, który załatwił nam pracę, u Sióstr zakonnych „Terezjarek” we Włodzimierzu Wołyńskim. Siostry prowadziły punkt szycia, zarejestrowały nas jako uczennice krawieckie, wyrabiając „azwajs” pracy, pomniejszyły zarazem nasz wiek, a wszystko to, aby nas chronić przed wywózką na roboty. Przystąpiłyśmy do pracy, wcześniej musiałyśmy podpisać oświadczenie i przyrzec Siostrom, że nie zdradzimy, co będziemy tu robić. W pracowni było ustawionych pięć maszyn do szycia, a w pokoju na poddaszu stał stół krawiecki do nauki kroju. Pięć dziewczyn szyło pościel, a ja z siostrą Jadzią ciełyśmy płótno, a nawet stare prześcieradła na wąskie pasy i zwijałyśmy na bandaże i opatrunki, które następnie pakowałyśmy w paczki. Pakowane było również mydło, tzw. samoróbki. Tak pracowałyśmy od listopada 1943 r. do marca 1944 r.. W pewnym momencie sytuacja była dość napięta, a nawet groźna, gdy Niemcy zaczęli kontrolować ten punkt. Musowo było wtedy zaprzestać, tej działalności i już te dziewczęta do pracy nie przychodziły. Ja z siostrą Jadzią przychodziłyśmy nadal, zawsze było jeszcze coś do zrobienia.

            W wolnych chwilach bawiłyśmy rodzeństwo, uratowane przez partyzantów po tym, jak właściwi rodzice zostali zamordowani. Jedno dziecko miało dwa latka, jeszcze mało mówiło, drugie miało więcej jak trzy latka. Jednego dnia Niemcy urządzili kolejną łapankę na roboty do Niemiec i zaszli także do Klasztoru. Siostra dała nam znać, abyśmy szybko się ukryły. Ja z Jadzią wcisnęłyśmy się za odstający piec węglowy. Zauważyły to dzieci, zaczęły zaglądać za piec i mówić: „A kuku, a kuku, a kuku.”. W tym czasie jeden Niemic sprawdzał pracownię, a drugi rozmawiał z jedną z naszych Sióstr. Choć sytuacja była groźna i wymagała powagi, pierwsza nie wytrzymała Jadzia i parsknęła śmiechem, ja też pewnie. Skończyło się to tym, że siostra zakonna nas skrzyczała i wypędziła z Klasztoru i już nie było tam dla nas powrotu. Siostry bały się narazić na niebezpieczeństwo, mówiły że jesteśmy niepoważne.

            Tymczasem w domu nie było, gdzie się ukryć, jak przychodzili Niemcy to chowałyśmy się po prostu pod łóżko, na strych, lub do piwnicy. Było i tak, że złapali nas, trzeba było cały dzień kopać rowy, okopy, czy sprzątać koszary lub ulice. Pewnego razu złapali mnie Niemcy i załadowali na odkryty wóz ciężarowy, było jeszcze dwa wozy z łapanki, załadowane ludźmi. Ruszyliśmy w drogę, patrzę a idzie moja siostra Zosia na dyżur do szpitala. Niemiec zauważył ją krzycząc: „Halt!” i chce ją zabrać na samochód. Ona pokazuje „azwajs” , że musi iść do pracy w szpitalu, ale Niemiec nawet nie słucha, tylko zapędza ją na samochód. Dojechaliśmy do torów, samochód zatrzymał się na przejeździe, a Zosia sprytna, korzystając z nieuwagi, będąc na brzegu samochodu zeskoczyła i uciekła. Zazdrościłam jej wtedy, gdyż nie było wcale wiadomo, gdzie nas właśnie wiozą. Nie było jednak źle, bo przywieźli nas do koszar. Dostałam dużą szuflę i musiałam przesypywać zboże. Pilnował nas żołnierz z pochodzenia Madziar, przyglądał mi się bacznie w końcu mówi do mnie: „Chodź czarna Julka.”. Tak właśnie na mnie wołał. Zabrał mnie do jakiegoś magazynu, podał listwę z podziałką i kazał mierzyć głębokość dołów, które kopali mężczyźni. Przyniósł mi jeszcze w menaszce, gorącą kaszę z mamałygi, a wieczorem wypuścił do domu.

            Madziarzy nasze polskie rodziny, traktowali zwykle z sympatią, inaczej niż szwaby, bywały dla przykładu sytuacje, że cały dzień kopałam rowy. Pilnował nas wysoki, chudy Niemiec, a nie pozwalał oderwać się od pracy, nawet na krok, choć pić się chciało i głód mocno dokuczał, ale najgorsze było wyjście za potrzebą. A trzeba wyjaśnić, że kopaliśmy jeden przy drugim, kobiety i mężczyźni, wszyscy razem. Wszystko zależało od tego, jaki człowiek się trafił. Pamiętam jak jeden Niemiec nie zwracając na nas uwagi, poszedł głuszyć ryby granatem. Nieszczęśliwie dla niego, jeden granat rozerwał mu się w ręku i Niemiec ten zginął na miejscu. Drugi z żołnierzy polecił zanieść ciało do koszar, ale nie każdy chciał takie poszarpany zwłoki nieść. Ja i inni zgodziliśmy się, trzymałam wtedy denata za nogi. Za tę przysługę, tego dnia Niemcy puścili nas, odnoszących ciało do koszar wolno.

 

            Z DNIA NA DZIEŃ SOWIECI BYLI CORAZ BLIŻEJ

            Front wschodni szybko zbliżał się do Włodzimierza Wołyńskiego, tak że odłamki z pocisków moździerzowych, gęsto spadały na dachy naszych domów. Pamiętam jak pewnej nocy, właśnie znów rozpoczęła się kanonada, ojciec krzyczy do nas: „Do kuchni i na ziemię!”. Zmęczyło mnie to ciągłe zrywanie po nocach i pewnego razu ojciec znów pokrzykuje na nas, a ja wcale nie wstaję z łóżka, tylko leżę sobie i mam zamiar dalej smacznie spać. Do dziś nie wiem, jak w tamtym gorącym czasie ojciec doliczył się, że brakuje jednej osoby. Jak wpadnie do pokoju i zdzieli mnie pasem kilkakrotnie, krzycząc: „Nie po to narażałem życie, żeby was wszystkich ocalić od śmierci, żebyś ty teraz to lekceważyła!”. Ojciec od nas wymagał posłuszeństwa i wszyscy musieli, to zaakceptować, także i ja.

Upragniony koniec Niemców nie nastąpił jednak, jeszcze tak szybko, jeszcze jakiś czas się trzymali we Włodzimierzu Wołyńskim. Razu jednego Niemcy znów zorganizowali obławę, ja zdążyłam się schować, ale zabrali młodszą siostrę Jadzię. Siostra trafiła do kuchni, gdzie szef pyta ją o imię, siostra odpowiada, na co Niemiec też dodaje: „Moja żona też Jadwiga”, (Hedwig) po niemiecku. Niemiec ten spodobał se Jadzię i zatrudnił ją, jako pomoc kuchenną. Wydano jej kartę, że do tego frontowego szpitala ma codziennie przychodzić do pracy. Dużo wtedy dziewcząt nałapano, jedne sprzątały sale, a inne wykonywały różne zlecone właśnie zadania. Jadzia dla przykładu odbierała pomyte deseczki, sprawdzała czy są czyste, a w kuchni razem z Niemcem, układała porcje jedzenia dla rannych żołnierzy frontowych. Co ciekawe po pracy kucharz odprowadzał Jadzię do nas do domu, aby jej nikt nie zaczepiał. Lubił wtenczas rozmawiać z naszym ojcem i mamusią, pytał skąd jesteśmy i rozczulał się. Opowiadał przy tym o swojej żonie, którą bardzo kochał, a którą przez tę nieszczęsną wojnę zostawił tak samą, iż w rezultacie nie mają nawet własnych dzieci. Chętnie by też widział Jadzię, jako swoją córkę, ale dla naszego ojca nie wchodziło to w rachubę. Ojciec zgodził się jednak, aby Jadzia nosiła menaszkę, w którą Niemiec nalewał zupę z wkładką mięsa, mówił wtedy dobrodusznie: „To dla was, dla dzieci.”. Dawał także nieraz słodycze dla młodszego naszego rodzeństwa, mamusi mydło do prania, a ojcu papierosy.

W tamtym czasie Jadwiga chodziła na boso, nie było to niczym dziwnym, ale raz tak biegnąc stanęła na szkle, które głęboko wbiło się w stopę. Kucharz i wtedy przyprowadził Jadzię do domu i mówi: „Jadzia musi poleżeć w domu do czasu zoperowania i zagojenia się rany. A w zastępstwie niech przychodzi druga wasza córka.”. I tak to właśnie ja w miejsce Jadzi, podjęłam pracę w szpitalu. Poznałam wtedy lepiej, że kucharz był starszym człowiekiem i widać było że uczciwym, a całej tej wojny miał już serdecznie dosyć. Razu jednego ostrzegł mnie przed łapanką, zorganizowaną przez Ukraińców w wojsku niemieckim, powiedział mi: „Nie wychodź teraz, lada moment SD zacznie łapać polskie dziewczęta. Ja cię potem odprowadzę do domu. ”. Spędziłam to zawirowanie bezpiecznie na sali, gdzie leżeli ranni niemieccy żołnierze, a potem z kucharzem wróciłam do domu.

 

RZECZPOSPOLITA BIELIŃSKA

Rzeczpospolita Bielińska rosła w siłę i niemal każdego dnia na obszary kontrolowane przez polskich partyzantów, przybywali nowi ochotnicy do formującej się właśnie 27 Wołyńskiej DP AK. Wzmożona aktywność wojskowa AK – owców pociągała za sobą nie tylko zajadłą wściekłość bezradnych banderowców, ale niepokoiła także Niemców, nie lubiących dzielić się władzą w terenie. Mimo wszystko w mieście Włodzimierz Wołyński, bywało jeszcze i tak, jak opowiadał ojciec: „W nocy zwyczajowo wystawiono warty. Niemiec bronił swoich obiektów, Ukrainiec swoich, a my Polacy strzegliśmy naszych. Wszyscy chodziliśmy z bronią, wokół swoich punktów, które ochranialiśmy, nie zaczepiając żadnego z wartowników.”. Niedługo tak jednak trwało. Niemiec nie chciał dopuścić, do dalszego organizowania się Polaków, tuż przed frontem.

Dlatego wokół partyzanckiej bazy na Bielinie, coraz częściej dochodziło do mniejszych, a nawet większych potyczek i starć zbrojnych, były zatem i ofiary w ludziach. Razu jednego, a było to już na wiosnę 1944 r. ojciec zlecił ważne zadanie do wykonania, jako że wciąż miałam kontakt z niemieckim kucharzem. Podał mi karteczkę z wypisanymi lekami, o jakie mam poprosić tego Niemca, a drugą: komu i gdzie mam te leki zanieść. Został ciężko ranny partyzant na Bielinie i groziło mu ropne zapalenie rany, potrzebne były specjalistyczne leki, a uzyskać je można było tylko w szpitalu. Wzięłam tą karteczkę i poszłam do pracy. Z początku bałam się wspomnieć Niemcowi, o tych lekach, nie wiedząc, jak on zareaguje na taką moją prośbę. Czekałam cierpliwie na sprzyjający moment, gdy nikogo nie będzie, na koniec podchodzę i mówię że mam prośbę. Pokazuję kartkę z wypisanymi lekami i pytam, czy mógłby mi te leki załatwić. Zapytał mnie po co mi te leki potrzebne, mówię mu że mam rannego kolegę i że te leki, mogą uratować mu życie. Przyglądał mi się chwilę uważnie, po czym zapytał: „Narzeczony?”. Ja odpowiedziałam: „Tak. Narzeczony.”. A on na to prostu z mostu: „Bandit! Partyzant”. Nie miałam już wyjścia i przyznałam krótko: „Tak”. W sercu myślałam sobie: „Jestem załatwiona, już się z tego nie wywinę.”. Jakże myliłam się jednak, ten uczciwy Niemczysko, widział nie jednego, ciężko rannego, który narzekał na wojnę. Przed końcem zmiany przyniósł mi opakowane leki, czekoladę, suchary i pomarańcze i powiedział: „Daj to twemu narzeczonemu.”. Ucieszyłam się bardzo, szybko zaniosłam zupę do domu, a z lekami pobiegłam pod wskazany adres.

Zaprowadzili mnie do ciemnej suteryny, w której leżał ten młody, ciężko ranny chłopak. Oczy mu się świeciły od gorączki i cuchnął ropą, ale dziękując uśmiechał się. Zapytał się nawet, jak się nazywam, mówił że jak wyżyje, będzie o mnie pamiętał. Faktycznie że przeżył i już po wojnie, raz jeden spotkał się z ojcem i prosił, by przekazał dla mnie pozdrowienia z podziękowaniem za uratowane życie. To był jedyny Niemiec, który podał mi rękę w tak dramatycznych okolicznościach. Zazwyczaj Niemiec był butny, niedostępny i nieufny.

Minęło kilka tygodni, od pierwszego ataku na Bielin i Niemcy ponownie uderzyli znacznymi siłami na polskie zgrupowanie partyzantów. Tym razem atak wyszedł od strony Uściługa, nieprzyjaciel liczył na zaskoczenie, ale manewr ten się nie udał. Wywiad partyzancki działał dość sprawnie i zamiast Niemcy zaskoczyć znienacka Polaków, sami wpadli w sprytną pułapkę. Tego dnia Bieliniacy wzięli do niewoli 75–ciu, po zęby uzbrojonych żołnierzy niemieckich. Była na Bielinie tego dnia wielka radość, była to zarazem druga już poważna porażka Niemców w walce z żołnierzami 27 Wołyńskiej DP AK. Niemcy nie wieść o uwięzieniu swojej kompanii, wpadli w dziką wściekłość. Natychmiast przeprowadzili łapankę w całym mieście i zebrali 750 zakładników, wtrącając do więzienia. Wśród pochwyconych, był także nasz tata Andrzej Rusiecki. Po kilku dniach pertraktacji, prowadzonych przez ks. kanonika dr Stanisława Kobyłeckiego proboszcza parafii pw. Św. Joachima i Anny i organizatora sierocińca na plebani dla ofiar ludobójców OUN - UPA, osiągnięto w końcu porozumienie. Polscy partyzanci zatrzymali zdobytą w walce broń, a jeńców niemieckich dostarczyli w okolice Włodzimierza Wołyńskiego. W tym samym czasie Niemcy otworzyli więzienie i zwolnili swoich zakładników. Zatem ta bardzo groźna sytuacja, zakończyła się dla nas wszystkich szczęśliwie, a Niemcy zrozumieli w końcu, że z partyzantką na Bielinie, to już nie przelewki.

Partyzantka na Bielinie wzrastała bardzo szybko w siłę, bowiem zaciągała się do niej młodzież z bliskich i dalekich okolic. Zorganizowano pełne kompanie, bataliony i pułki, tak powstała 27 Wołyńska DP AK, która w kwietniu 1944 r. osiagnęła stan 6500 ludzi. Była tym samym największą, zwartą jednostką bojową, podziemnego państwa polskiego w czasie II wojny światowej. Nie słyszałam bowiem, by gdziekolwiek indziej stoworzono większą, zorganizowaną, biorącą czynny udział w walkach, jednostkę wojskową AK. Nazwiska dowództwa nie były nam znane, w obiegu krążyły jedynie pseudonimy. Ja zapamiętałam, że dowódcą jednego z batalionów był „Lech”, a dowódcą 23 pułku piechoty, w którym służył mój cichy bohater Bronek Bedychaj ps. „Czech”, był przedwojejnny, dyplomowany kapitan „Garda”. Pomimo takiej siły bojowej i dużych możliwości organizacyjnych w terenie, na którym Polacy poczuli się b. pewnie, Niemcy nie porzucili swoich planów likwidacji Rzeczpospolitej Bielińskiej.

Trzeci zmasowany atak wyszedł od strony ukraińskiej wsi Werba i było to wczesną wiosną 1944 r. . Jeszcze leżały wszędzie śniegi, gdy hitlerowcy z wielką siłą i nocą, uderzyli na Bielin, dążąc do zburzenia mostu, zbudowanego przez partyzantów. Rozpoczęła się krwawa bitwa, zginęło dużo osób z obu stron. Najostrzejsze starcia były na Kapitułce, przy młynie, który został podpalony. Sytuacja była na tyle poważna, że nad Bielinem zawisła groźba rozbicia. Szalę zwycięstwa na polską stronę, przechyliła polska kawaleria, która bohatersko zepchnęła atakujących z furią do lasu. Niemcy którym partyzanci, mocno przetrzepali skórę, kolejny już raz zdecydowali się wycofać do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Tym razem lanie było tak dotkliwe, że Niemcy na gwałt zaczęli okopywać się na przedmieściach, widać że spodziewali się rychłego kontrataku. Codziennie organizowali także łapanki w mieście, wielu zmuszając do kopania umocnień ziemnych, wielu wywieźli też na roboty do III Rzeszy. W tym czasie czołówka Armii Radzieckiej, podeszła już pod Włodziemierz Wołyński i wtedy też, doszło do pierwszych kontaków operacyjnych z partyzantką polską. Tworzono wspólne plany, możliwego uderzenia na Niemców, dobrze okopanych w mieście.

 

WYPRAWA PO OBRAZ MATKI BOŻEJ SWOJCZOWSKIEJ

Sytuacja na froncie była niepewna, niestabilna, wciąż b. groźna, a linia frontu w okolicach Swojczowa, przesuwała raz w jedną, raz w drugą stronę. Właśnie w tym czasie dowiedzieliśmy, że nasz cudowny obraz Matki Bożej Swojczowskiej nie spłonął w ruinach, zburzonego kościoła, ale znajduje się w cerkwi w Swojczowie. Po naradzie z ks. Stanisławem Kobyłeckim, zapadła decyzja, by podjąć próbę wywiezienia obrazu, nawet z narażeniem życia. Zadanie było nadwyraz trudne, gdyż każdy cywil zmierzający w stronę frontu, mógł być uznany za szpiega i natychmiast zlikwidowany. Nieoceniony ks. Stanisław Kobyłecki rozpoczął pertraktacje z żandarmerią niemiecką, a dobrze znał ich specjalne zamiłowanie do złota. Ks. Dziekan Kobyłecki, ks. proboszcz Franciszek Jaworski oraz ojciec Andrzej Rusiecki, obiecali Niemcom pewną sumę pieniężną w złocie, za przywiezienie obrazu Matki Bożej Swojczowskiej. Ks. Stanisław Kobyłecki zwrócił się w tej sprawie z prośbą, o częściową pomoc do partyzantki polskiej na Bielinie, częściowo wspomóc miał też nasz ojciec Andrzej, ale dopiero po przyjeździe do Swojczowa. Miała z nimi jechać nasza najstarsza siostra Zosia, która znała miejsce ukrycia rodzinnego skarbu. Sprawa nie była jednak łatwa i przesłuchania trwały przez cały tydzień. Ostatecznie praktyczni Niemcy doszli do wniosku, że większą korzyść, bedą mieli ze złota, niż gdyby im przyszło rozstrzelać ojca, Zosię i dwóch klechów.

W połowie maja 1944 r. , było to wczesnym rankiem wezwali ojca, siostrę i ks. Franciszka Jaworskiego i razem pod eskortą dwóch żandarmów oraz kilku żołnierzy, pojechali do Swojczowa. W Swojczowie stała już silna jednostka niemiecka, a sztab urządzono w naszym domu. W pierwszej kolejności zajechali do Ukraińca Gołębickiego, który mieszkał na przeciw naszego domu i zabudowań dziadka i szczęśliwie, że złapali go w domu. Był to jeden z tych zbrodniarzy, którzy minowali kościół w Swojczowie, a potem dzielili się skradzionym złotem. Za zaminowanie świątyni, mógł zabrać dla siebie złote pateny, które teraz musiał zwrócić, zmuszono go także, by wskazał innych, którzy minowali nasz kościół. W tym samym czasie żandarmeria kazała Zosi zejść z wozu i razem z obstawą, poszli wykopać ukryte złoto. Nieco złota wykopano, resztę Ukraińcy znaleźli wcześniej, do tego trochę srebnych monet i dokumenty. Zaraz ojciec z ks. Jaworskim, żandarmerią i Gołębickim, którego zmuszono, by pojechał z nimi, udali się pospiesznie do reszty morderców, odpowiedzialnych za zburzenie kościoła. Udali się zatem kolejno do Ukraińców: Korczaka, potem do Martina. Odebrali dwie monstrancje, złote kielichy i resztę sprzętu liturgicznego. Następnie udali się do cerkwi, skąd zabrali najcenniejszy skarb i cel całej, tak niebezpiecznej wyprawy: obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Zabrano także z cerkwi skrzynię z szatami liturgicznymi i wzięto Ukraińców, którzy przenieśli wszystko na niemiecką placówkę, rozmieszczoną w zabudowaniach dziadka.

W drodze z cerkwii do zabudowań dziadka, gdy niesiono obraz Królowej Swojczowa, zauważyła to Polka Zofia Hasiak. Pod przybranym nazwiskiem od 8,5 miesiąca ukrywała się z powodzeniem we wsi, dzięki pomocy dobrych ludzi. Ojciec mój tak mi o tym potem opowiadał: „Szliśmy drogą z Obrazem, a ja cały pod strachem, rozglądałem się na wszystkie strony. Patrzę, otwieram szeroko oczy i widzę, że idzie żywa Zosia Hasiak. Mówię spontaniczne: ‘Zosiu ty żyjesz! Ja się nie spodziewałem, że spotkam tu jeszcze żywego Polaka.’. Zosia od tak wielu miesięcy, żyjąca pod tak wielką presją, widząc Ukraińców, jak zahipntotyzowana, zareagowała biedna, jak automat: ‘Ja was nie znaju!’. Lecz gdy tylko wszyscy przekroczyliśmy bramę gospodarstwa dziadka, poczuła się bezpieczniej i pewniej. Natychmiast, nie zważając już na obecność Ukraińców, rzuciła się do nóg księdza Jaworskiego i moich, prosząc, by ją ratować, by zabrać ją z tego piekła do miasta Włodzimierza Wołyńskiego.”. Ojciec wyjaśnił zaraz Niemcom, że to jedna z ofiar, która cudem uniknęła sierpniowej rzezi i aż po ten dzień, ukrywała się przed rezunami.

Niemcy zaraz wysłali po jej 9–letniego syna, znaleźli dziecko i doprowadzili do placówki. Właśnie w tym samym czasie wróciła Zosia z odkopaną resztą złota oraz z dokumentami, które stwierdzały własność ojca. Zaraz potem zaprowadzono ojca za stodołę w miejsce, gdzie została zakopana jego matka. Ojciec chciał także wiedzieć, gdzie jest ciało jego ojca, a mego dziadka. Odpowiedzieli mu, że wrzucili je do wody. Żandarmeria dokładnie obejrzała nasze zabudowania i pytała się, co ojciec chciałby jeszcze ze sobą zabrać do miasta. Ojciec mówił, że przydałaby się krowa, aby chociaż tę 9–osobową rodzinę, można było w mieście wyżywić. Zabrano ze sobą także bandytę Gołębickiego i wszyscy bezpiecznie wrócili do miasta. Na drugi dzień żołnierze niemieccy dowieźli także ciocię Zosię Hasiak z jej synem Ryszardem. Ostatecznie, jak się dowiedzieliśmy, po przesłuchaniu zwolnili jednak bandytę Gołębickiego do domu. Teraz był czas, by spokojnie porozmawiać z ocaloną ciocią Zosią i jej synem Rysiem. Interesowało nas wszystko, chcieliśmy wiedzieć wszystko o tamtym tragicznym czasie, zostali tam przecież na wieczność, nasi najbliżsi i tak nam drodzy.

 

ZOFIA HASIAK ŚWIADKIEM KORONNYM ZAGŁADY SWOJCZOWA: WIELE WIDZIAŁA I WIELE SŁYSZAŁA

Już po wojnie, po wielu latach, odwiedziłam ciocię Zofię Hasiak, raz jeszcze, mieszkała wtedy w Łańcucie, znowu odżyły wspomnienia z czasów wojny. Opowiadała wtedy, już na spokojnie tak: „Mój mąż Jan Hasiak był podoficerem w kawalerii we Włodzimerzu Wołyńskim. Podczas działań wojennych, począwszy od 01 września 1939 r. nie zginął, ale powrócił szczęśliwie z wojny i zamieszkaliśmy u jego rodziny, a było to koło Dominopola. Po zajęciu naszych terenów przez wojska sowieckie, trochę ukrywał się u swojej rodziny, ale niedługo. Niestety miejscowi Ukraińcy wykryli go i wydali w ręce zbrodniczej NKWD, było już niemal pewne, że jego los jest przesądzony. Mimo wszystko nie traciłam nadziei na zwolnienie męża Jana. Przeszedł ciężkie tortury, był strasznie bity, a potem zamknięty w więzieniu we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie stał w wodzie w małej celi, przy czym nogi jego i ręce związane były drutem. Nie wywieźli go do Katynia, ale właściwie wykończyli go we Włodzimierzu Wołyńskim. Po wielu moich staraniach i dzięki Bożej Opatrzności, zezwolili mi w końcu odebrać męża Jana z więzienia.”. Słuchałam tak cioci i wszystko sobie przypominałam, jak wtenczas to właśnie mój ojciec Andrzej, pojechał z ciocią Zosią do miasta, by zabrać wujka Jana z tego piekła.

Ciężko rannego człowieka umieszczono w jednym z pokoi, w oddzielnym skrzydle naszego domu. Jak dziś pamiętam, że był to człowiek zmasakrowany, b. obita, jątrząca się twarz, rany na nogach od drutu, zakarzenie ogólne ciała i postępująca gruźlica. Wujek Jan Hasiak już z tego nie wyszedł, po niedługim czasie pomarł i został pochowany na cmentarzu w Swojczowie.

            Pozostała wdowa Zosia z synkiem Ryszardem, zaledwie 7–letnim i bez środków do życia. Dostało się i naszemu ojcu, którego NKWD również przesłuchiwało, o czym już pisałam, pomógł wtedy bardzo nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski. W pewnym czasie rodzice otworzyli sklep na bocznej drodze ze Swojczowa do Wandowoli i zatrudnili Zosię, by mogła zarobić sobie na utrzymanie. Ciocia wyprzedawała przy okazji własną biżuterię i inne rzeczy, które jeszcze posiadała. Potem trochę szyła, zamieszkując do tragicznego roku 1943, u państwa Skosalasów. Opowiedziała mi także, co ją uchroniło od niechybnej śmierci podczas rzezi i później, mówiła tak: „Znalazłam się wśród obcych, byłam życzliwa dla wszystkich, dziękując za każdą pomoc i życzliwe słowo. Jednego razu szłam z panią Skosalasową i Rysiem do naszego Kościoła w Swojczowie, a przy brzegu rowu siedzieli Ukraińcy: Jakub i Katia Dubieńczuk. Mój syn przechodząc obok nich, dźwięcznym głosem mówi: dzień dobry i kłania się im grzecznie. My dochodzimy i ja mówię: ‘Dzień dobry. Taki ładny dzień, to można się pogrzać na słońcu.’. Ta ukraińska para także nas przychylnie pozdrowiła, tymczasem pani Skosalasowa zachowała się b. nieprzyjemnie. Powiedziała w głos i to tak, by Ukraińcy ją słyszeli: ‘Ty Zosiu kłaniasz się takim chamom, jak możesz?’. Nie miałam wyjścia i odpowiedziałam jej na to: ‘To tacy mili sąsiedzi.’. Jestem głęboko przekonana, że to proste: dzień dobry, w późniejszym czasie, w chwili masowego mordu na Polakach w Swojczowie, ocaliło życie mi i mojemu dziecku.

30 sierpnia 1943 r., gdy do tego przyszło, właśnie ta Katia przybiegła do mnie i mówi: ‘Zosia uciekaj, ratuj się z dzieckiem. Chodź ukryjemy was! Jakub już wydarł głęboką dziurę w stogu siana.’. Zaufałam jej, bowiem nie miałam nic do stracenia i oto nie wydali nas rezunom, ale dobrze schowali, a miejsce schowka dobrze zabezpieczyli, ubijając za nami siano. Stog siana, w którym nas ukryli, stał zaraz za zabudowaniem, dlatego dobrze słyszałam, jak ‘ryzuny’ wpadli do domu, wyciągnęli Skosalasową i przebili ją bagnetem. Trzymali ją tak nadzianą na ostrze, aż skonała, a jej przeraźliwy krzyk do dziś dzwięczy mi w uszach. Jeszcze jakby dziś słyszę jej rozpaczliwe wołanie: ‘Zabijcie mnie już, a nie męczcie!’. Jej męża Skosalasa zarąbali siekierą w domu.

Rzeź mieszkańców naszej wsi trwała całą noc i następny dzień, w tym czasie dochodziły do nas ogromne jęki mordowanych, męczonych i pokalecznych ludzi, które mieszały się z różnymi wyzwiskami oprawców i innymi krzykami. Wieczorem Katia przysłała małą Haluszkę do stogu, niby to po siano dla bydła, a Haluszka przyniosła chleb i wodę. Trwało to kilka dni, ale dalsze ukrywanie nas było niemożliwe, ponieważ bandyci kłuli widłami stogi z sianem, wciąż szukając ukrywających się. Na szczęście my byliśmy ukryci dość głęboko i znów ocaleliśmy od pewnej śmierci. Jednak i to nie gwarantowało przeżycia, gdyż bandery podejrzane stogi palili, palili także całe polskie zabudowania.”.

Miała ciocia szczęście, że spotkała Ukraińców z ludzkim sercem. Zaczęli ją chować po zabudowaniach ukraińskich, aż do chwili kiedy to rezuni upewnili się, że: „Teper nie ma Lachiw!”. Przechowywali tak ciocię Zosię Hasiak z synkiem Rysiem, w piwnicach, na strychach, przebierali ją za Ukrainkę, zawsze była w chustce, głęboko zakrywając twarz, w bluzce, spódnicy i obowiązkowo z zapaską (fartuchem). Ciocia umiała mówić po ukraińsku, Rysiek nie umiał, więc udawał niemowę. Katia opowiadała, że przywiozła swoją kuzynkę Ukrainkę znad ruskiej granicy i dodawała znacząco: „Może to budit niwistka dla Laszuka.”. A miało to sens, gdyż ojciec Haluszki był wdowcem. Tak się stało, że postawili maszyny do szycia u Laszuka i tam przychodzili Ukraińcy, przynosząc ubrania zdobyte na Polakach, by im sprawnie przerabiać. Ciocia mi się wtedy z bólem zwierzała: „Szyłam z musu i często poznawałam, czyje są rzeczy, a gdy przynieśli kostium twojej babci Karoliny Rusieckiej, która mi w tych ciężkich czasach dużo pomogła, zaczęłam mimowolnie drżeć i cała trząść się. Ukrainka pyta mnie na to: ‘ Soniu co tobie? ’ . Bałam się i spiesznie odpowiedziałam: ‘Chora jestem i nie mogę tego zrobić.’”.

Podczas tej naszej rozmowy stanęły jej też, przed oczyma różne przechwałki, jak to oni rezuni mordowali Polaków. Dla przykładu raz była w ukryciu za dużym piecem i słyszała, jak Ukrainiec Wołodia mówił: „Przybiegła do mnie moja sąsiadka, koleżanka do której zachodziłem czasem, wołając, błagając: ‘Wołodia ratuj!’, a za nią wpada druga dziewczyna, też Polka. A ja, jak chwycę je w ręce i głowami trzasnę jedna o drugą, to tylko krew się rozbryzła i po nich koniec.”.

Opowiadali także rezuny, jak to małe dzieci zabijali i wyrzucali na śmietnisko, zasypując je byle czym, aby było mniej grzebania w ziemi. Innym razem przechwalali się jak to mordował i czym i z jakim skutkiem. Usłyszała jak zamordowali mojego dziadka Karola Rusieckiego, który po kilku dniach wyszedł z ukrycia, przyszedł na podwórze Jędrycha Rusieckiego. Mówiła mi tak: „Naśmiewali się z Karola, że żal mu było ‘chodoby’, aby czasem nie popalili zwierząt, tymczasem oni wszystko wypędzili z obory, a potem szukali zakopanych rzeczy i kosztowności. Kiedy go zobaczyli, zaraz pochwycili i bardzo się nad nim znęcali, tak okrutnie, aż dziadek nie wytrzymał i wyjawił im miejsce ukrytych rzeczy. Na te przechwałki wszedł inny ryzun, który nazwywał się Korczak, a słysząc o czym tak raźno rozprawiają, mówi: ‘Patrzę, a to Rusieckiego Karola biją, a ja jak nie doskoczu i nie bachnę mu w brzuch, tak przeciąłem go na pół, tylko bebechy wypłynęły. Następnie wrzuciliśmy go do wody do sadzawki.’”.

Ciocia mówiła, że słuchając tego wyobrażała sobie, że Korczak przeciął dziadka dużym nożem, skoro przechwalał się: „Zaszlachtowałem go!”. Posłyszała także i to, że moją babcię Karolinę Rusiecką zastrzelili, gdy była w ogrodzie, tam też została pochowana pod drzewem. Ciocia zwierzała mi się dalej serdecznie: „Ja to tylko gorąco modliłam się o śmierć, dla mnie i dla Rysia przez zastrzelenie, nawet nie przypuszczałam, że przeżyję 8,5 miesiąca w takim stresie i w takich warunkach.”. Opowiadała jak zimą na kolonii Boża Wola, spalone zostały wszystkie zabudowania i te polskie i te ukraińskie, a sami Ukraińcy zamieszkali w budynkach polskich w Swojczowie. W samym środku wioski zamieszkał sołtys Cebula, a Laszuk na gospodarstwie Stanisława Rusieckiego, jego dom z dwoma gankami, stał przy drodze, niedaleko Cerkwii. Właśnie do tej Cerkwii zachodziła teraz ciocia Zosia, stawała niedaleko cudownego Obrazu Matki Bożej Swojczowskiej i modliła się gorąco o skrócenie męki.

Raz jeden bardzo się wystraszyła, mówiła: „Sołtys Cebula tak jakby mnie poznał, rozmawiał bowiem ze mną jeszcze, gdy sprzedawałam w sklepiku, po śmierci męża. I chociż byłam przebrana za Ukrainkę, ale mógł sobie coś skojarzyć, bo tak popatrzył dziwnie. Jakiś czas potem, było to późną jesienią, przyszedł Cebula do Laszuka i pytał się o mnie: ‘Gdzie ta twoja niwistka, co to tu przychodzi?’. Laszuk również wystraszył się nie na żarty i zaczął z miejsca się wykręcać, mówił: ‘Ona po całej wiosce chodzi, czasami jest także u mnie i szyje na maszynie.’. A miał sołtys ze sobą piękne, wybrane jabłka i mówi: ‘Daj jej te jabłka i powiedz, aby wyszła wieczorem i stanęła przy furtce w sadzie.’. Podał też godzinę i zakończył znacząco: ‘Niech tam na mnie zaczeka.’. Gdy tylko Cebula odszedł Laszuk posłał córkę Haluszkę po Jakuba i Katię i nakazał im, aby zaraz mnie z dzieckiem gdzieś schowali, gdyż u niego zaczyna być niebezpiecznie. Naturalnie na to spotkanie nie wyszłam i może raz jeszcze, wyratowałam nam życie.”.

Porą zimową do Swojczowa przekradła się sowiecka partyzantka, przebrana po cywilnemu, a wśród miejscowych rozgłaszała, że są ukraińskimi partyzantami. Udali się także do sołtysa Cebuli i oświadczyli, że potrzebują czerwone naszycia na krzyż na zimowych papaszach – czapkach. Sołtys zaś przyprowadził ich do Laszuka i zlecił, by odszukać tej niewistki Soni. Ciocia ten dramatyczny moment, tak wspominała: „Znów przeżywałam ogromny strach, ale nie mogłam się uchylić, gdyż już zapowiedzieli, że zabiją Laszuka, jeśli nie przyjdę. I choć nie wiedziałam, co to za partyzanci, otuliłam się jeszcze bardziej, nadto zawiązałam twarz chustką, udając że bolą mnie zęby i że w ogóle, to jestem jakaś chora. Gdy przyszłam do domu Laszuka, przystąpiłam do naszywania na czapkach, a partyzant który już na mnie czekał, przyglądał mi się bacznie. Zaczął nawiązywać także rozmowę, w końcu mówi do mnie wprost tak: ‘Wy to nietutejsza Ukrainka, bo inaczej mówicie, tak ładnie.’. Boję się bardzo, ale spiesznie zaprzeczam: ‘Ja Ukrainka, a tu przyjechałam z Równego.’. Partyzant nie był jednak przekonany i na odchodne rzucił krótko do Laszuka: ‘Ta niwistka to nie Ukrainka, to Polka.’. Laszuk ze strachem zaczął zaklinać się i przekonywać, że jestem Ukrainką, tylko z innych stron. Po upływie tygodnia patrzę, a tu na saniach, co koń wyskoczy, pędzą ci z czapkami i z naszytymi czerwonymi krzyżami ten zaś, co zamawiał te czapki, jedzie na koniu. Wtem zeskakuje z konia, wbiega do kuchni i mówi do mnie: ‘Uciekaj z nami, ty nie Ukrainka i ciebie tu zabiją!’. Uciekłam, ale od niego, bałam się że jestem rozpoznana, nie mogłam bowiem wiedzieć, że był to zrzut sowieckiej partyzantki, rozpozany i ścigany właśnie przez banderowców.”.

Wczesną wiosną front docierał już do Swojczowa. Partyzantka ukraińska wycofała się w głąb lasów świnarzyńskich, a „rodzime rezuny”  razem z partyzantką. We wsi powstał popłoch i kilka razy było tak, że wszyscy Ukraińcy kryli się w lasach przed spodziewanym frontem. Ciocia Zosia wspominała: „Nie mogłam uciekać razem z nimi, kryłam się z dzieckiem po piwnicach przed jednymi i drugimi. Pewnego razu dołączyła do mnie starsza Ukrainka i tak wykryli nas żołnierze frontowi. Chwila była bardzo groźna, bowiem mówią do mnie: ‘Ty szpion! Nikogo nie ma, wszyscy uciekli, tylko ty zostałaś.’. Tłumaczę się zaraz wystraszona: ‘Jestem Polką, a tu w wiosce kryłam się przed rezunami ukraińskimi, bo oni wszystkich Polaków mordowali jak popadło.’. A Sowiet na to ostro: ‘Wszystkich mordowali, a ciebie oszczędzili, niby dlaczego?’. Próbowałam się tłumaczyć, opowiadając wszystko, co nas tu w Swojczowie spotkało, ale nie bardzo wierzyli, chcieli dowodu, że to co mówię jest prawdą. Nie miałam nic do stracenia, powiedziałam: ‘Dowodem niech będzie to, że gdy Ukraińcy mordowali dzieci, nie chciało im się kopać dołów, rzucali zatem ciała dzieci na wysypisko śmieci i przysypywali byle czym, najczęściej gnojem.’. Jeden żołnierz został, by pilnować nas, a drugi tyczasem udał się, by sprawdzić czy to, co mówi ciocia to prawda. Gdy stwierdził prawdziwość informacji, pozostawili ciocię z synem i starą Ukrainką w tej piwnicy. Po latach sama zachodzę w głowę i naprawdę nie wiem, jak mogłam to wszystko po ludzku wytrzymać, widać zadziałała Boża Łaska.”

Zacięte walki frontowe przedłużały się, a Niemcy mocno kontratakowali, tak że zdołali wyprzeć Sowietów ze Swojczowa i znów odzyskali kontrolę tych terenów. Na ten czas, część ludności ukraińskiej, powróciła do swoich domów, ale większość rezunów nadal kryła się po okolicznych lasach. W tym właśnie, w tak niebezpiecznym czasie, trudno dziś uwierzyć, co za siła pchnęła dwie młode dziewczyny Zofię Rusiecką i jej kuzynkę Władysławę Bedychaj do pojechania do Swojczowa. Czy głód, czy pragnienie odszukania najbliższych, lekkomyślność, a może niebywała odwaga? Fakt pozostaje faktem, że udały się tam z niemieckim żołnierzem, który wiózł właśnie na front raport. Bardzo możliwe jednak, że po prostu chciały ocalić to, co było jeszcze polskie i tych, którzy jeszcze żyli, a byli z polskich rodzin. Na miejscu zdołały ustalić, że ich babcie już nie żyją, że zostały zamordowane przez banderowców podczas sierpniowego pogromu. Dowiedziały się także, że cudowny obraz Matki Bożej Swojczowskiej ocalał i obecnie znajduje się w ukraińskiej cerkwi w Swojczowie. Władzia odnalazła swój kilim, a siostra Zosia dowiedziała się także, gdzie pod jabłonią zakopano naszą babcię. Zdążył jeszcze Niemiec odkopać ciało babci i ujrzała Zosia naszą babcię, skuloną w kłębek, zakopaną płytko pod ziemią. To był teren przyfrontowy, dlatego dziewczęta nie mogły pozstawać tam za długo, zatem żołnierz rzekł stanowczo: „Musimy już wracać do Włodzimierza Wołyńskiego.”.

Potem była już właśnie owa słynna wyprawa po obraz Matki Bożej Swojczowskiej, a opisana już wyżej, podczas której szczęśliwie odnalazła się także ciocia Zosia i jej syn Ryszard. Ciocia Zosia tak mi wtedy o tym opowiadała: „Z ukrycia słyszę kroki grupy ludzi na szosie, wyglądam szparami, a oto jacyś ludzie zabierają cudowny obraz Matki Bożej Swojczowskiej z cerkwi, wyrwany wcześniej z ram Ołtarza ze zburzonego przez Ukraińców kościoła. Ogarnia mnie strach, że oto ostatnią Opiekunkę naszą zabierają. Odruchowo wręcz wybiegam z kryjówki i widzę, że idzie ksiądz i jakiś człowiek, Ukrainki niosą obraz, a wszystkich prowadzi Niemiec. Słyszę słowa wypowiedziane przez Andrzeja Rusieckiego: ‘Zosiu!’, ale w szoku nie poznaję twego ojca Andrzeja, znowu odruchowo odpowiadam: ‘Ja was nie znaju.’. Po prostu przez cały ten czas poniewierki, żyłam już na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego. Żyłam jak w amoku i w pierwszej chwili nie mogłam już rozpoznać, ani ks. Franciszka Jaworskiego, ani twego ojca od których doznałam wcześniej, tak wiele różnorakiej pomocy. Jednak znowu odruchowo idę za tymi ludźmi i dopiero za bramą zabudowań Karola Rusieckiego, twego zamordowanego dziadka, gdy Ukrainki postawiły obraz na ziemi, a same odeszły, puściło mnie. Przeszło mi, a moje władze wróciły, może także dlatego, gdyż był tam punkt niemieckiej straży frontowej. Po prostu poczułam się pewniejsza i dopiero wtedy rozpoznałam księdza proboszcza i twego ojca. Natychmiast rzuciłam się im do nóg, prosząc: ‘Zabierzcie mnie z tego piekła!’. Ksiądz i twoj ojciec ujęli się za mną i tłumaczyli Niemcom, że to jest jeszcze jedna Polka, która przeżyła w tej wiosce ukraińskie pogromy.”

Póki co nie mogli zabrać cioci ze sobą do Włodziemierza Wołyńskiego, gdyż na wsi w ukryciu, wciąż pozstawał jej syn Rysiek. Niemcy zatrzymali więc ciocię Zosię na swojej palcówce, odszukali jej syna i na drugi dzień odwieźli ją do Włodzimierza Wołyńskiego na ulicę Cmentarną. Po kilku dniach pobytu w mieście, odnalazł ich brat Katii Dubieńczuk, szkoda że nie pamiętam dziś, jak się nazywał. W każdym razie, był on jednym z tych, którzy w tym tak trudnym czasie, pomagali cioci przetrwać w Swojczowie. Ja sama bradzo dobrze zapamiętałam tamtą scenę, oto wchodzę do pokoju i co widzę: ciocia siedzi na krześle, syn Rysio stoi przy niej, a na kolanach przy nich klęczy ten Ukrainiec, a brat Katii Dubieńczuk. Prosi, a nawet błaga, aby ciocia jak naprędzej uciekała z Włodzimierza Wołyńskiego, bo ją teraz odszukają ukraińskie rezuny. Mówi dramatycznym głosem: „Jak ja ciebie odnalazłem już po kilku dniach, tak i oni dowiedzą się gdzie jesteś i zabiją was, bo jesteście świadkami ich morderstw.”.

Ciocia Zosia przeżyła tę straszną, demoniczną wojnę, a Włodzimierz Wołyński opuściła dopiero razem z nami, czyli nie tak wcale prędko. Gdy nieco pozbierała się po trudach okrutnej tej wojny, wyszła po raz drugi za mąż i urodziła piękną córeczkę. Po latach odszukała mnie już w Zamościu na pięknym Roztoczu, a podczas tych odwiedzin zobowiązała mnie do spisania jej gehenny na Wołyniu. Prosiła mnie także, abym postarała się dowiedzieć, czy żyją jeszcze Ci Ukraińcy, którzy podczas tych krytycznych, godzin, dni, tygodni, a nawet całych miesięcy, nieśli jej i dziecku, tak bezcenną, ratującą życie pomoc. Czy może zginęli, a jeśli tak to kiedy i czy czasem nie była to zemsta ze strony rezunów za pomoc, którą jej tak hojnie świadczyli. Ciocia czuła się mocno zobowiązna, wobec ukraińskiej rodziny Jakuba i Katii Dubieńczuk ze Swojczowa. Pragnęła im teraz w jakiś sposób pomóc, a jeśli nie im, to choćby ich rodzinom. Dzisiaj ciocia Zosia Matwiejew ma już 84 lata i mieszka w Łańcucie, ma wnuki, a nawet prawnuki, a ile razy ją odwiedzałam zawsze mnie wita i wspomina tamte lata. Lecz dla mnie są to bardzo smutne wspomnienia, ale nawet pomimo to, czułam się odpowiedzialna i zdołałam je spisać, jako świadectwo dla przyszłych pokoleń.

 

CHLUBNY SZLAK BOJOWY 27 WOŁYŃSKIEJ DP AK

Tymczasem napięcie wokół miasta Włodziemirz Wołyński stale rosło i wszyscy, a szczególnie Niemcy, stawali się, coraz bardziej niespokojni. W tym czasie czołówka Armii Radzieckiej podeszła już, na przedpola okopanego miasta. Zacieśniły się także wojskowe kontakty z oddziałami 27 Wołyńskiej DP AK, która niepodzielnie kontrolowała obszary na północy – wschód do miasta. Niemcy nie zamierzali czekać, aż Polacy i Rosjanie uderzą razem na Włodzimierz Wołyński. W samą Wielkanoc 1944 r.  rozpoczęli generalną rozprawę z Rzeczpospolitą Bielińską, przypuszczając zmasowane ataki z lądu i powietrza. W zażartych walkach o Bielin, tym razem brały udział liniowe oddziały Wermachtu. Podczas tych walk, a w szczególności w wyniku ciężkich bombardowań, zginęło bardzo wielu ludzi, wielu było rannych i to zarówno w szeregach żołnierzy, jak i spośród ludności cywilnej. Zginął tam pierwszy założyciel Bielina, bardzo kochany przez partyzantów, jeden z najlepszych dowódców ps. „Piotruś”. W walkach tych najdłużej walczyła „Krwawa Łuna”. Na domiar złego, także Sowieci ponieśli ciężkie straty i zaczęli się cofać w kierunku na Smolno i Piaskową Wolę.

Frontowe oddziały Wermachtu zmusiły, tym razem polskich partyzantów do odwrotu i Bielin został zajęty przez Niemców. Z tą chwilą polskie oddziały, były zmuszone systematycznie cofać się, unikając jednak rozproszenia i zupełnego rozbicia. Niemniej jednak nie udało się uniknąć podziału i znaczna część 27 Wołyńskiej DP AK, postanowiła przebijać się przez front na sowiecką stronę, forsując bagnistą rzekę Prypeć. Oddziały kpt. „Gardy”  wyruszyły z Huty Ratańskiej i przez dwa tygodnie, wśród ciągłych walk, przez bagna i moczary, przedzierały się do Armii Radzieckiej. Ostatni etap tej trudnej, żmudnej drogi to urwiska, bagna i bystra rzeka Prypeć. Nad brzegami tej bagnistej rzeki, prawdopodobnie w okolicach Kamienia Koszyrskiego, partyzanci znaleźli się w samym środku walk. Z jednej strony zmasowany ogień prowadzili Niemcy, z drugiej strony ile tylko ognia w lufach, strzelali do nich Sowieci.

Pomimo tak trudnego położenia, gradu kul i granatów, nie zważając na częste wiry, zdradliwej rzeki, partyzanci polscy w pełnym uzbrojeniu, wskakiwali do wody. Bronek Bedychaj ps. „Czech” , zawsze pełen energii i waleczności, dawno pozbawiony uczucia lęku i bojaźni, jako pierwszy rzucił się w nurt rzeki. Nie dopłynął jeszcze do środka, jak został ugodzony kulą w staw barkowy i zaczął się topić, żołnierze z trudem wyciągnęli go na brzeg. Po chwilowym odpoczynku i opatrzeniu ran, nie zważając na zatrzymujących go żołnierzy, ani na prośby, ponownie rzucił się w fale Prypeci. Wcześniej na gorąco wyznał towarzyszom niedoli: „Wolę zginąć z bronią w walce, niż się z nią rozstać, lub dostać się w ręce wroga.”. Niestety wkrótce potem, dosięgła go druga kula i skierowała w wir rzeki. Zmęczony i ranny Bronek nie miał już siły walczyć z żywiołem i tak spoczął w nurtach rzeki Prypeć, nieodżałowany przez żołnierzy por. „Czech”. Podczas tej morderczej przeprawy, zginęło setki żołnierzy 27 Wołyńskiej DP AK, a bardzo wielu zostało rannych. Dziś w tym miejscu, nad brzegiem rzeki, ci którzy przeżyli tamto piekło, postawili Tym którzy zostali, już tam na zawsze, piękny, wysoki Krzyż. Znak męki, a zarazem zmartwychwstania do życia wiecznego, niewymowny świadek tamtych, jakże chwalebnych i tragicznych dni.

 

OSTATNIE DNI NA RODZINNEJ ZIEMI I UCIECZKA ZA BUG

Od ostatniej wyprawy do Swojczowa, a szczególnie po przybyciu Zosi Hasiak do miasta, zagrożenie naszej rodziny niepomiernie wzrosło. Każdego dnia spodziewaliśmy dzikiej zemsty, ze stronu ukraińskich nacjonalistów, wściekłych zapewne do samego szpiku kości. Do tego jeszcze przyjechała niemiecka żandarmeria i mówi do ojca: „Masz jechać z nami do Swojczowa, po krowę dla swojej rodziny, jak to sam mówiłeś żywicielkę.”. Ojciec bał się nie na żarty i wymawiał się, mówił: „Ja nie pojadę, niech jedzie Zośka, lub Piotrunia.”. Niemiec był jednak stanowczy i zmusił ojca, by wsiadł do samochodu i zaraz odjechali. Nie mieli daleko, gdyż Ukrainiec Pietruk, który zabrał nasze konie, krowy i barany, przyszedł na swoje, a to było blisko miasta. Żandarmeria podjęchała zatem z ojcem, pod jego dom, a tam swobodnie pasły się nasze krowy. Ojciec bez trudu, rozpoznał naszą Rabulę. Niemiec powiedział krótko: „Zabieraj!”. Ojciec rozpętał krowę i zaczął pędzić drogą w stronę miasta, wtem wybiegł nasz wilk, który przybiegł do ojca i zaczął się łasić. Widząc to Niemiec zabrał psa do samochodu i wolno jechał za ojcem, który pędził drogą naszą krowę. Będąc już blisko miasta, zostawili ojca samego, który przez nikogo niezaczepiany, przyszedł z krową do domu.

Naturalnie sama krowa to nie wszystko, trzeba ją czymś nakarmić. Zaczęliśmy ją paść na stadionie sportowym, blisko ulicy Cmentarnej, było to blisko naszego miejsca zamieszkania. Nie minęło nawet dwa, czy trzy dni, jak ja i Jadzia pasiemy krowę, a tu podjeżdża młody człowiek na rowerze, zapędza Rabulę do drogi i ot tak sobie, pędzi przed siebie. Ja biegnę za krową, a Jadzia w te pędy do domu, z krzykiem, że ktoś kradnie właśnie naszą jedyną krowinę. Ojciec nasz w mgnieniu oka wyskoczył z domu, krzycząc: „Złodziej, złodzie! Bandyta zabiera nam krowę.”. Jednak wojna to wojna, bandyta nie dawał za wygraną i nie schodził nawet z roweru, a nie mógł jechać szybko, gdyż Rabula była nas ten czas spętana. Na szczęście ojciec, bez trudu, dogonił złodzieja, który oddalił się szybko i z daleka już, przyglądał się, jak ojciec rozpętuję krowę i pędzi z powrotem do miasta. Ojciec doniósł o tej sprawie Niemcom, dla których wszyztko było bardzo proste, mówili: „Nie bój się, gdyż jutro zabieramy ciebie z całą waszą rodziną do Niemiec.”. Niemiecki żandarm nie specjalnie przejmował się naszym losem, nie dosyć mu było, że zapłacono mu złotem. Wiedział natomiast dobrze, że ojciec ma jeszcze ze sobą pieniądze, a to co innego. Na moje rozeznanie nie zależało mu nawet na tym, czy będziemy mieli w drodze co zjeść. O jednym pamiętał natomiast dobrze, byśmy krowę wzięli ze sobą, jak mówił: „W Niemczech przyda się wszystko.”. No cóż; jego logika myślenia, wydaje się być tutaj spójna, można tylko skwitować: „co Niemiec, to Niemiec”.

            Tak jak zapowiedział żandarm za kilka dni, był już podstawiony jeden wagon z naklejkami, że jedzie do Niemiec. Przyszli do nas i powiedzieli krótko, że mamy wszyscy jechać tym transportem. Załadowaliśmy się sprawnie i szybko, nie było z tym kłopotu, gdyż naszym jedynym dobytkiem, była nasza krowina, tyle zostało nam z ojcowizny w Swojczowie. Zbito dla niej specjalny żłób i narzucano tam siana. Był to dzień 30 maja i jak dziś pamiętam, że nasi ludzie śpiewali majówkę, litanię ku czci NMP. Piekący ból dławił serca, a łzy same napływały do oczu, że oto w takich okolicznościach, opuszczamy Ziemię naszych Ojców, nasz kochany Wołyń. Tak staliśmy wszyscy w drzwiach wagonu: ja i ojciec Andrzej Rusiecki, mamusia Bronisława oraz moje rodzeństwo: Zosia, Jadzia, Marysia, Kazia i Jasia. Z nami wyjeżdżała także ciocia Zosia Hasiak i jej syn Rysiek. Nie mieliśmy jednak innego wyboru, tu czekała nas tylko pewna śmierć, ze strony rozjuszonych rezunów. Szalejących teraz z wściekłości, na samą wieść o wyprowadzeniu świadka koronnego, ich ludobójstwa, jakiego dokonali w Swojczowie w sierpniu 1943 r. .

            Jak wspominałam powyżej, Zosia pracowała w szpitalu, leżał tam właśnie ciężko ranny partyzant, kiedy dowiedział się, że my wyjeżdżamy do III Rzeszy, powiadomił swoje dowództwo na Bielinie. Prosił o pomoc w załadowaniu się do naszego wagonu, liczył że uda mu się zbiec do swoich, gdy będziemy już na terytorium okupowanej Polski. Przed odjazdem partyzanci przywieźli zatem furmankę siana, rzekomo dla naszej krowy, w sianie był zaś ukryty ów ranny żołnierz polski. Ułożono go w żłobie, by w razie kontroli, można było przykryć go sianem. Imienia i nazwiska partyzanta nie pamiętam, siostra wspominała, że chyba Pietrasiak, lub może Pietrasiewicz.

Ruszyliśmy w drogę, a na naszych ustach wciąż płynęła bolesna, majowa litania, ku czci naszej Pani i Królowej NMP ze Swojczowa. W wagonie towarowym z zakratowanymi oknami, opuszczamy na zawsze Wołyń. Jedziemy w nieznane z adresem: Rzesza Niemiecka. Pierwszy dłuższy postój, to stacja Hrubieszów. Odstawili nasz wagon na bocznicę i wezwali ojca na rozmowę, poinformowali, że będziemy tu trochę czekać, rzuca się w oczy, zainteresowanie kolejarzy naszą rodziną. Ojciec wykorzystał ten czas i wyszedł na miasto, by odszukać swego brata Józefa Rusieckiego, który wraz z własną rodziną, wcześniej opuścił Włodzimierz Wołyński. Udało mu się skłonić brata, by dalej jechał razem z nami, tłumaczył że będzie nam raźniej. Faktycznie wstawili wóz do wagonu, przy wozie dwa konie, obok nasza krowa, to w jednym końcu wagonu, a w drugim końcu wagonu: stryj Józef, stryjenka Jadwiga, ich dzieci: Zbyszek i Leszek i naturlanie my wszyscy. Do wozu nakładli dużo siana, zrobili wygodne posłanie dla rannego partyzanta. Zdziwiliśmy się bardzo, gdy przed wyruszeniem z Hrubieszowa, kolejarze doprowadzili ojca, tego rannego partyzanta. Okazało się, że został uprzednio powiadomiony przez dowództwo z Bielina i wyjechał na wschód po syna.

 

WOŁYŃSCY TUŁACZE NA ZIEMI ŁOWICKIEJ

Kolejarze manewrowali naszym wagonem, często odczepiali i odstwiali na boczny tor. Gdy jechaliśmy przez Lublin, wysiadła tam ciocia Zosia Hasiak z synem i zatrzymali się u swoich znajomych. Podróż ciągnęła się bardzo, przez samą Warszawę jechaliśmy trzy dni, gdyż kolejarze zamyślili, zgubić tam nasz wagon i to im się w końcu udało. Po przyjeździe do Łowicza, zniknął niepostrzeżenie ten ojciec ze swoim synem, rannym partyzantem, zapewne blisko już mieli do rodzinnego domu. Kiedy minęliśmy Skierniewice, raz jeszcze odczepiono nasz wagon i pozostawiono na bocznym torze. To była ta szansa, na którą czekaliśmy tak długo, póki co musieliśmy się skryć na jakiś czas. Zatrzymaliśmy w takiej plecionej szopie na łąkach. Dach kryty słomą, ściany wykonane z wbitych pali, plecione prętami i trzciną.

Po dwóch miesiącach, tak gdzieś około sierpnia, zaczęli przychodzić do nas powiadomieni gospodarze z okolic Łowicza, aby nas zabierać po dwie osoby na roboty przy żniwach. Chętnie chciano nas starsze dziewczęta, gorzej było z młodszymi. Byliśmy rodziną zżytą, kochającą się wzajemnie i trudno nam było się rozstawać, żadna z nas nie chciała porzucać rodziny. Pamiętam, że pierwsza padła do nóg ojca i mamy Jadzia, chwyciła ich oboje i płacząc mówi: „Tatusiu, mamusiu ja od was nie odejdę.”. W jej ślady poszły także Kazia i Marysia, tymczasem ja z Zosią stałyśmy zachmurzone. No i masz babo placek, wszystko skończyło się rodzinnym płaczem na oczach, przybyłych rodzin z Łowicza. Ojcu i matce, też popłynęły łzy po twarzach i tatuś rzekł: „Trudno! Nie mogę żadne dziecko oddać, jeśli ono samo nie chce.”. A potem dodał: „Ciężko mi na sercu, ale co ma być niech się stanie. Musimy się ujawnić. Pójdziemy jutro wszyscy do Łowicza, bo dłużej nie możemy się ukrywać w tej szopie. Deszcze padają, mokniemy i co gorsza nie mamy z czego żyć.”.

Tak to po kilku dniach, opuściliśmy naszą kryjówkę i ruszyliśmy wszyscy gromadą do miasta Łowicz, by się tam ujawnić, jako uciekinierzy ze wschodu. Idziemy tak w trzynaście osób smutni, ale w sercach szczęśliwi, że oto raz jeszcze nie daliśmy się rozbić, podzielić, że raz jeszcze jesteśmy wszyscy razem. Pamiętam tę szeroką drogę, a przy drodze wysokie topole i piękne słońce, które mocno grzało tego dnia. Nasze bose stopki znaczyły ślady na rozgrzanej, asfaltowej jezdni, po której tak miękko się szło. Niemcy z miejsca zamknęli nas w obozie przejściowym, gdyż z zasady nie ufali ludziom tułającym się i nie przepadali za uciekinierami. Powiedzieli nam że musimy przejść kwarantannę. Trafiliśmy do dwóch długich baraków, zamykanych i strzeżonych nocą, które stały nad rzeką Bzurą. Nie pamiętam, żeby były w nich okna, a na podłodze słoma i w takich warunkach przyszło nam teraz żyć. Zabrano nam wszystkie rzeczy i ubrania, pozostawiając jedynie te sukienczyny, które miałyśmy na sobie, rzekomo do dyzenfekcji. Po upływie tygodnia zwrócili nam te pierwsze ubrania, zabierając z kolei pozostałe, w których dotychczas chodziliśmy. Dezynfekcja skończyła się tym, że nabawiła nas świerzbem i wszami, trudno było potem pozbyć się tego plugastwa.

Boża Opatrzność czuwała nad naszą wołyńską rodziną, oto po tygodniu, czy dwóch, do obozu przejściowego zgłosiły się Siostry Bernardynki. Wyraziły chęć udzielenia nam pomocy, przez umieszczenie nas w sierocińcu, przystosowanym na ten czas także, jako dom dla uchodźców. Władze obozowe wyraziły zgodę na wydanie tylko, co drugiej osoby i tak Zosię zarejestrowano u Sióstr, a mi przeznaczono wyjazd na roboty do Niemiec. Trzecia była Jadwiga więc do Sióstr, ale już Marysia musiała zostać, póki co w obozie, Kazia do Sióstr, a najmłodsi Piotr i trzyletnia Jasia w obozie. Po zakończeniu procedury meldunkowej, wolno nam było już wychodzić do miasta. Poszłam zatem odprowadzić siostry do sierocińca, a zarazem serdecznie się z nimi pożegnać. Co tu dużo mówić, było mi bardzo przykro i ciężko z tym na sercu. One w trójkę będą razem, a ja sama wywieziona w nieznane do Niemiec.

Idziemy tak przez Rynek Łowicki i oglądamy ich staropolskie stroje, słuchamy ich oryginalną gwarę. Mowa nasza różniła się bardzo od łowickiej i mówiąc między sobą melodyjnym akcentem wschodnim, wzbudzałyśmy zaciekawienie. Zauważyła nas jedna pani, idzie za nami i przysłuchuje się naszej rozmowie, w końcu zatrzymuje nas i wypytuje, skąd tu przybyłyśmy. Odpowiadam grzecznie: „Jesteśmy uciekinierami z Wołynia, gdzie Ukraińcy dopuścili się krwawych mordów na niewinnej ludności polskiej. Te trzy moje siostry zakonnice zabierają do sierocińca, a mnie zarejestrowano na roboty do Niemiec, odprowadzam je właśnie i chcę się pożegnać.”. Ta pani pyta się dalej: „A jak się nazywasz?”. Ja mówię: „Petronela Rusiecka ze Swojczowa Wołyńskiego.”. Pewnie powiedziałam niewyraźnie, bo ta pani stanęła, ujęła mnie za rękę, przygląda mi się uważnie i mówi: „Powtórz raz jeszcze, jak się nazywasz?”. Powtórzyłam zatem uprzejmie, jak się nazywam. A ona mówi na to: „Nie bój się, ja jestem żoną Bogdana Piłsudskiego, choć ze mną, porozmawiam z mężem, pomożemy Wam.”. Nie mając nic do stracenia, nawet nie wracałam już do obozowego baraku, tylko powiadomiłam rodziców, gdzie idę i poszłam z panią Piłsudską do ich domu.

 

EPIZOD Z ZACHOWANIEM WOŁYŃSKIEJ TOŻSAMOŚCI

Bogdan Piłsudski był stryjecznym bratem Józefa Piłsudskiego Marszałka Polski i nawet był do niego podobny. Z tą różnicą, że był sprężysty, prosty, z wąsami nieopuszczonymi, tylko podniesionymi, tak po szlachecku do góry. Na noc zakładał, nie wiem jak to się nazywa, takie ochronki na wąsy, podnosząc je tak skutecznie do góry. W mieszkaniu wisiał duży portret Józefa Piłsudskiego, wspatrego na szabli. Pani Piłsudska rodem była z rodziny magnackiej, jak mówiła z najbogatszych Bilewiczów. A zainteresowała się mną, gdyż miała serdeczną koleżankę z Poznania Pelagię Rusiecką i stąd właśnie, jej żywe zainteresowanie naszym nazwiskiem rodowym. Piłsudscy mieli cztery córki: dwie starsze, które tymczasowo mieszkały w Warszawie i dwie młodsze, które mieszkały z rodzicami w Łowiczu, mianowicie: nastoletnią Wandę oraz Jadwigę.

W 1944 r. Bogdan Piłsudski pracował w P.Z.G.S. „Snop”. Niemcy z uwagi na wkład Marszałka Józefa Piłsudskiego w dzieje Polski i Europy, odnosili się do jego stryjeczego brata, Bogdana Piłsudskiego z pewnym uznaniem i szacunkiem. Zapewne wciąż liczyli na pewne układy i korzyści polityczne w przyszłości. Piłsudscy mając takie oto możliwości, faktycznie zainteresowali się naszym losem i pomogli nam. W pierwszej kolejności, skreślili mój nakaz wyjazdu do Niemiec na roboty przymusowe. Już drugiego dnia mojego pobytu u Piłsudskich, pani wraz z dwoma córkami podprowadziły mnie pod biuro męża, wskazała drogę, gdzie mam się udać, a same odeszły nad Bzurę i tam czekały na mnie.

Wchodzę do tego biurowca, portierowi mówię do kogo przychodzę i z pewnym niepokojem oczekuję, co będzie dalej. Patrzę, taki długi korytarz i drzwi po obu stronach, a ja czekam. Wtem w końcu korytarza otwierają się drzwi, wychodzi Piłsudski i idzie przez ten długi korytarz. Nie wiem jak on to zrobił, ale prawie wszystkie drzwi w tym momencie otwierają się, a w nich stają urzędnicy, czy pracownicy i patrzą ciekawie na mnie. Piłsudski mówi do mnie: „Chodź ze mną.”. No to idę, a on przedstawia mnie, tym wyglądającym pracownikom mówiąc: „To ta dziewczyna, która uciekła z pod siekiery ukraińskiej z Wołynia.”. Czułam się okropnie i gdyby nie autorytet Piłsudskiego, pewnie cofnęłabym się gwałtownie i po prostu uciekłabym. Jednak dałam radę i szłam, choć byłam w krótkiej sukience, białej w granatowe groszki i boso, za to z warkoczami czarnymi, sięgającymi do pasa. Stremowana ogromnie, nic nie mówiłam, a Piłsudski wskazując na mnie, mówił tak wciąż kolejnym osobom: „To ta dziewczyna, która uciekła..... itd.”. Nic więcej nie pamiętam, nawet czy ktoś z tych mijanych ludzi, coś do mnie wtedy mówił.

Wróciłam nad rzekę do Piłsudskiej, ale wciąż nie mogłam dojść do siebie, a ona mówi: „Nie martw się, popływaj teraz z naszymi córkami w rzece i pójdziemy do domu. Na pewno mąż załatwi, że nie pojedziesz do Niemiec, ale zostaniesz tu u nas w Polsce.”. Tak też rzeczywiście było, gdy Piłsudski wrócił z pracy, mówi do mnie: „ Dziewczyno zrobiłaś duże wrażenie, na pewno wszystko będzie dobrze. Kilka osób rozpoczęło starania, zabrania Cię do siebie.”. Piłsudski pomyślał także o mojej rodzinie. Ojcu, matce i rodzeństwu, załatwił tymczasowe mieszkanie za Łowiczem, a prawdę powiedziawszy, niewykończony jeszcze dom, bez szyb w oknach i bez podłogi, ale były tam przynajmniej wstawione żelazne łóżka. W domu tym mieszkało już także, młode małżeństwo Rybickich. Poza tym udzielił pierwszej pomocy załatwiając, tak potrzebną mąkę na chleb i ziemniaki. Do mnie zaś tak rzekł: „Ty pójdziesz do folksdojczów (niemieckie: Volksdeutscher). On jest Niemcem, a ona Polką, nie mają swoich dzieci i chcą Cię uznać za swoją córkę. Powiem wszystko twemu ojcu, ale namyśl się i Ty, czy się zgadzasz na taką transakcję.”. Na razie nic mu nie odpowiedziałam, ale gdy Piłsudski udał się na drugi dzień do pracy, powiedziałam śmiało do jego żony: „Proszę mnie dobrze zrozumieć, jestem córką moich rodziców Rusieckich i nigdy nie zgodzę się zostać córką folksdojczów.”. I nawet po tak wielu latach, myślę sobie niekiedy: „Mój Boże w jak trudnych czasach, przyszło nam wołyńskim dzieciom i młodzieży żyć, kiedy na każdym niemal kroku, trzeba się było pilnować i nieustannie czuwać, by ocalić życie, czy zachować swoją godność, polską tożsamość.” .

A dziś, czy polska młodzież zdaje sobie sprawę, jak wielką wartością jest suwerenność państwa polskiego, wolność gwarantująca nienaruszalność godności człowieka, czy jedności rodziny polskiej? Nasza przyszłość pokaże, jakie będą owoce następnych, przychodzących po nas, nowych pokoleń Polaków. Oby dobre, jednak wielki Polak i patriota polski, Hetman i Kanclerz Wielki Koronny Jan Zamoyski mawiał: „Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie.”. Nie wiem, jak to wszystko zostało załatwione, wiem tylko że gdy Piłsudska powiedziała mężowi moją decyzję, były sprzeczki między nimi, dąsy i kłótnie. Piłsudski wymagał nawet od żony, by Ona nie wtrącała się do tej sprawy, trwało to z tydzień. W końcu Piłsudski przyniósł mi dowód tożsamości, ze zmienionym imieniem na Pelagię, przekręconym nazwiskiem i pomniejszonym wiekiem. Zatem na razie wszystko skończyło się dobrze, pozostałam Pelcią, u nich w domu. Nie wolno mi było nigdzie samej wychodzić i z nikim obcym rozmawiać. Obowiązkiem moim było pilnowanie małej suczki zwanej „żabką” i chodzenie na spacery z ich nastoletnimi córkami.

 

W GOŚCINIE U PIŁSUDSKICH

W Łowiczu Piłsudscy otrzymali domek na peryferiach miasta, trzy pokojowy z dość obszerną kuchnią i z dobudowanym gankiem. W jednym pokoju były dziewczynki, w drugim Piłsudscy i gabinet pana, a w kuchni stało łóżko dla służącej. Było jeszcze takie pomieszczenie, które służyło za spiżarnię, poustawiane tam były regały z zaprawami i zapasami na zimę, tam postawili łóżko dla mnie. Z nowego miejsca zamieszkania, byłam zadowolona, wszyscy mnie lubili i czułam się tam bardzo dobrze. Gdy pan Piłsudski wracał po pracy do domu, córki musiały się zajmować swoimi sprawami: czytaniem, pisaniem oraz haftowaniem razem z matką. A pan po posiłku i stosownym odpoczynku, lubił siadać i rozmawiać ze mną. Siadaliśmy przy oknie, a on wypytywał mnie o wszystko, co pamiętam o moich stronach rodzinnych. Sam zazyczaj nic nie mówił, tylko pytał i pytał, ot tak jak by chciał wszystko, jak najlepiej zapamiętać. Nieraz mówił, czy potrafił wtrącić znienacka: „Powtórz mi raz jeszcze, jak uważasz było... , lub ...jak to mieszkaliście, lub ....jakie były wówczas nastroje, lub ....dlaczego Ukraińcy w ten sposób mordowali ludność polską?”. Często zatem opowiadałam do późnych wieczorów, a on słuchał i słuchał. Nieraz też wysyłał mnie po mego ojca, aby przyszedł. Siadali wtenczas obaj w ogrodzie pod drzewami i długo ze sobą rozmawiali.

Inaczej pani Piłsudska, Ona raczej wolała opowiadać mi o sobie, o swojej rodzinie i swojej ciekawej młodości. Wspominała jak przez Austrię, razem z wojskiem Gen. Józefa Hallera przybyła do Polski, w charakterze kuriera. Była to misja niełatwa i bradzo odpowiedzialna, gdyż miała przy sobie tajne papiery od Hallera dla samego Józefa Piłsudskiego. Była na tamten czas damą dworu i tylko jako taka, mogła zostać łącznikiem i w ten chlubny sposób, służyć swojej ojczyźnie. Nic zatem dziwnego, że z wielkim uznaniem odnosiła się do Gen. Józefa Hallera i do całej Armii Hallerczyków. Słuchałam to wszystko z wielkim zachwytem, bo wszystko mnie interesowało i te czyny bohaterskie i te bale dworskie, nawet te plotki i waśnie rodzinne, które naturalnie też musiały być, no bo jakżesz inaczej. Piłsudska zdradzała mi, że w tamtych czasach, była najbogatszą panną na wydaniu, a za Bogdana Piłsudskiego wyszła za mąż po temu, bo chciała w nim widzieć, takiego bohatera, jakim był sam Marszałek Józef Piłsudski. Niestety ubolewała, że się w swoich rachubach, aż nadto przeliczyła i miała już na ten czas, dużo bardziej krytyczne spojrzenie na męża.

Dzieci Piłsudscy w mojej opinii mieli dobre, dziewczynki były miłe, dobrze ułożone względem rodziców, za to bardzo żywe i psotne. Pamiętam razu pewnego Wanda po dachu krytym gontem, wspinała się, aż po sam szczyt, a druga Jadzia zalazła na wiśnię i huśtała się tak, mocno kołysząc całym drzewem. Nie mogłam się doprosić obie, by zaraz zeszły na ziemię, bo mogą zrobić sobie jakowąś krzywdę. A ponieważ nie można mi było krzyczeć, co najwyżej prosić, te dalej hasały i śmiały się do rozpuchu, aż wszystko dojrzała pani Piłsudska. A wtenczas to powstał prawdziwy lament, mdlenie i histeria, doszło do tego, że nie wiedziałam kogo ratować. Oczywiście zaraz pobiegłam po krople z walerianą. W tym czasie dziewczynki same zeszły z dachu i wiśni i przyrzekły, że już będą grzeczne, a mama zaręczyła, że nic nie powie ojcu. Mimo wszystko lubiłam te dziewczynki i tolerowałam, bo swoimi psotami wcale nie były lepsze, niż ja sama w Swojczowie. Teraz moim obowiązkiem, było także towarzyszyć im wszędzie, a przede wszystkim pilnować, by nie chodziły same nad Bzurę. Ponieważ ja lepiej dawałam sobie radę z pływaniem, mogły tam chodzić tylko ze mną, nie wiem tylko, czy gdyby któraś naprawdę się topiła, czy dałabym radę ją wyciągnąć na brzeg.

Pewnego razu nie czułam się na siłach, bym mogła iść i kąpać się do rzeki i powiedziałam to pani. A ona na to: „Dobrze się składa, będziemy dzisiaj robiły porządki w gabinecie u męża.”. Stało się tak, bowiem zbuntowała się dotychczasowa służąca, mówiąc mi wprost: „Od kiedy tu jesteś, mam więcej pracy, nadto Piłsudscy znacznie lepiej Cię traktują, Ty jesteś od zabawy z dziećmi, a ja od ciężkiej roboty.”. Wzięła się, zebrała i odeszła, tak oto zostałyśmy same. W tej sytuacji, dziś dziewczynki miały się bawić w ogrodzie, a my wzięłyśmy się do roboty. Pani ścierała kurze, a ja pastowałam podłogę. Pani jak zwykle opowiadała mi swoje przeżycia, a ja chętnie słuchałam i wszystko było by dobrze, gdyby dziewczynki były posłuszne i grzecznie bawiły się w ogrodzie. Ale one jak to dzieci, rozbrykane, pobiegły nad rzekę i do wody. Może i to uszło by na sucho, gdyby niespodziewanie nie naszedł ojciec i wzburzony zabrał je do domu. Awantura zaraz była całą gębą: „Dlaczego dzieci były same nad wodą, bez żadnej kontroli i opieki, a gdbyby w tym czasie, coś się złego stało?”. Pani słusznie tłumaczyła: „Pelcia nie mogła się dzisiaj kąpać, dzieci miały się bawić w ogrodzie, a my zabrałyśmy się za porządki, ciężko pracowałyśmy, by odświeżyć ten dom.”. Nic te tłumaczenia nie pomogły, pan miał swoją wizję ustalonego porządku: „Pelcia miała być z dziećmi, a Ty miałaś wziąść kogoś do sprzątania.”. Pan zarzucił nam nieposłuszeństwo i nie stosowanie się do jego zarządzeń, które wydał. Była z tego całkiem wielka draka, a potem długie tzw. „ciche dni”, lecz na szczęście po upływie pewnego czasu, wszystko wróciło do normalności.

Tremowało mnie, gdy pan nie pozwalał, abym rano wstawała z łóżka, nawet jeśli obudziłam się wcześniej, można mi było wstać, dopiero z chwilą jego wyjścia do pracy. Faktem jest, że w sprawach kulinarnych, byłam zupełnym zerem i właściwie nic sama nie potrafiłam zrobić. Dlatego oboje zaczęli mnie uczyć, jak się gotuje i jak sprawnie, a elegancko nakryć do stołu oraz z której strony należy podawać potrawy, gdy państwo siedzą przy stole. Wielki krokami zbliżała się bardzo ważna Uroczystość I Komunii Świętej, ich młodszej córki Wandy. Zostali zaproszeni liczni goście i szykowano przyjęcie. Specjalnie na tę uroczystość, zatrudniono dwie kucharki i dziewczynę do zmywania i innej pomocy. Ja miałam usługiwać w pokoju i przy stole. Ubrano mnie w ciemną, dłuższą sukienkę i biały fartuszek, ciemne buciki, a włosy obowiązkowo upięte na głowie. Gdy zdarzyła się potrzeba, by wyjść z dziewczynkami z domu, pani wydawała mi inny strój, w który się przebierałam. Zaraz na początku pan Piłsudski przedstawił mnie wszystkim gościom, skąd pochodzę oraz z jakiego jestem rodu. Zdziwiłam się bardzo, gdy okazało się, że wiem o tym mniej niż to, o czym teraz przy stole z taką pasją mówił.

Przed wojną mało opowiadano nam o pochodzeniu rodu Rusieckich, choć zdarzało się, że dziadek Karol Rusiecki opowiadał, niby półżartem o herbie w naszym rodzie. Przy tej okazji lubił zwykle, mówić o naszej babci Karolci  „różyczka”, o sobie zaś nie mówił inaczej jak „szarlatan”. Dziadzio wyrażał w ten sposób swoją skruchę, że tego wszystkiego, co było świętością dla jego z kolei ojca i jeszcze wcześniej dziadka, on w tych najnowszych czasach zaniechał, czyli zarzucił i jakby zapomniał. Żałuję bardzo, że nie pamiętam, już dziś tej piosenki, którą nasz dziadzio Karol lubił charakteryzować nasze pochodzenie, pewnie rzuciłaby ona swoiste światło na ten zapomniany temat. Pamiętam jednak bardzo dobrze, te świąteczne rodzinne spotkania i wieczory, kiedy dziadzio Karol opowiadał nam, swoim już wnukom, jak losy wojny, rzucały ich w różne strony. Jak tracili swoje majątki i jak zmuszeni byli ukrywać się po różnych dziurach leśnych. Jak jego z kolei dziad, wymagał od swoich wnuków, że mają dbać o swoje dzieci i jak jeszcze przykazywał, że największym skarbem jest nauka. I znacząco dodawał: „Bo to co człowiek zdoła się nauczyć, tego już mu nikt odebrać nie zdoła.”. Po temu właśnie dziadzio Karol lubił nam wszystkim powtarzać: „Za mojego życia, jak tylko mogłem, kształciłem swoje dzieci, bo tak właśnie wypełniałem testament mojego dziadka.”. Sam dziadek Karol, jak mówił o sobie, chodził do szkół przyklasztornych, a opowiadał to wszystko tak komicznie, że nieraz zdawało się nam, że po prostu sobie z nas żartuje.

Faktem jest że dziadek swoich synów dopilnował, by się uczyli i zdobywali, tak potrzebne w życiu wykształcenie. Mój ojciec Andrzej, był nastarszym synem dziadka i chodził jeszcze do carskiej szkoły. Miał ukończone 4 klasy szkoły rosyjskiej. Najmłodszy syn dziadka Karola, mój stryjek Marian Rusiecki ukończył 7 – mio klasową szkołę, już w Swojczowie i za Polski przedwojennej. I gdy poszedł do wojska, miał zostać w szkole wojskowej, ale jak to się mówiło: „Babcia bardzo rozpaczała za swoim najmłodszym pupilkiem i stryj powrócił do domu.”. Na koniec tej rodzinnej wstawki, trzeba zaznaczyć, że to były pokolenia zasad, których zawsze przestrzegano. Naturalnie miało to swoje dobre, jak i złe strony, ale zasady raz przyjęte, zawsze honorowano. I tak nasz dziadzio Karol, gdy się miał żenić, musiał mieć pozwolenie od swoich rodziców, aby żona jego nie była czasem chłopką. Ród dziadka Karola wywodził się z północnej Polski. I dziadzio rzeczywiście, wziął sobie za żonę kobietę z ziemiańskim rodowodem, na Wołyniu w tamtym czasie, wielu było z rodu Bedychajów. Podobnież, gdy mój ojciec Andrzej miał się żenić, dziadek musiał wcześniej zaakceptować naszą mamę i zrobił to, choć na tamten czas, była już sierotą. Jest takie bardzo polskie przysłowie: „Nie daleko pada jabłko od jabłoni”. Coś musi w tym być, gdyż nasz ojciec również, wymagał od nas pilności w nauce, a lubił przy tym dopowiedzieć: „Waszym nieocenionym majątkiem jest szkoła i nabyta tam wiedza.”.

Wracam po tej przydługiej dygresji do uroczystości pierwszokomunijnej Wandy. Pan Bogdan Piłsudski przedstawił mnie swoim gościom, jako dziecko które ucierpiało, w skutek tragicznych rozbiorów i licznych wojen, utratą swego pochodzenia. Wtenczas zrozumiałam dlaczego pan Piłsudski, tak często spraszał do siebie mego ojca, aby potem długo z nim gaworzyć. Wypytywał ojca właśnie o jego pochodzenie, oraz o inne fakty z naszego życia rodzinnego, które ojciec pamiętał od najmłodszych lat. Do dziś nie wiem jednak, dlaczego arystokraci, tak bardzo liczyli się ze swoim pochodzeniem i czemu owo pochodzenie, tak mocno determinowało ich, by sobie nawzajem pomagać. Pan Piłsudski wspomniał także o magnackiej rodzinie Pelagii Ruskieckiej z Poznańskiego. Dla mnie ten wątek, był już niejako częścią bajki o kopciuszku, bo tak torszkę to wyglądało. Uśmiechali się do mnie, mówili miłe słowa, ale mi wolno było odpowiadać, już z pewnym dystansem.

 

Z SIEROTAMI Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Zbliżał się lipiec 1944 r. i do Łowicza, coraz częściej przybywali z Warszawy jacyś ludzie, po czym zaraz tam wracali. Pan Piłsudski uzgodnił z żoną, że pojadę z ich córką do Warszawy. Po dziś dzień nie wiem „z czym”, bo w ostatniej chwili odwołano mój wyjazd, mówiąc: „Może tam sprawić więcej kłopotu, niż pomocy!”. Odprowadziłam Wandę do pociągu i ona pojechała, a ja musiałam wrócić z domu. Czas był już bardzo napięty, wyczuwało się, że „coś wisi” w powietrzu i Niemcy zrobili się bardzo nerwowi. Żandarmi zauważyli że kręciłam się po dworcu i odchodzę, więc zaczęli iść za mną. Chciałam ich zgubić i udałam się nad rzekę, aby przejść przez most. Dochodząc bliżej zabudowań, zaczęłam uciekać, a oni w te pędy za mną i krzyczą: „Halt, Halt!” . Wpadłam wystraszona do domu i mówię: „Niemcy mnie gonią, chcą mnie pojmać.”. Piłsudska widząc, że już są na podwórku mówi: „Nic nie mów.”. I następnie zaczyna wydzierać się na mnie: „Gdzie ty łazisz, po co mi wasze jajka ze wsi, lepiej bierz się do roboty.”. A sama właśnie zagniotła ciasto na kluski, kopytka i mówi do mnie: „Masz teraz kroić.”. Ja prędko zorientowałam się w jej wybiegu i mówię: „Proszę pani moja młodsza siostra jechała na wieś po prowiant, prosiłam ją, by nam przywiozła świerzych jaj i właśnie wracałam do domu. A tu widzę tych panów z bronią, jak zaczynają za mną gonić i ze strachu uciekłam.”. Niemcy przez chwilę szwargotali z panią, coś po niemiecku, a mi pogrozili i łamaną polszczyzną nakazali, bym nie kręciła się więcej po dworcu. Afera skończyła się dobrze, gdy pani poprosiła Niemców na domowy obiad. Gotowane kopytka, okraszone skwarkami, dobrze podziałały na żołądki Szwabów i zadowoleni opuścili nasz dom. Jeden z nich nawet się zwierzył, zwracając się do mnie: „Moja mama to kroiła kopytka tak z ukosa, a ty tak prosto.”.

Wanda szczęśliwie wróciła z Warszawy, tymczasem front zbliżał się coraz bardziej do stolicy. Niemcy rozpoczęli łapanki i wywozili ludzi do kopania okopów. Raz z Piłsudską idziemy do magla, a na moście stoją, uzbrojeni po zęby Niemcy, przepuścili nas. Dalej widzimy jednak łapankę i pełne wozy ludzi. Skręciłyśmy więc pod gmach SS i weszłyśmy w wysokie kwiaty, rosnące pod oknami tego budynku, a zaraz obok były koszary wojska. Siedziałyśmy tam spokojnie, nawet kilka godzin i nikt tam nie zaglądał. Piłsudska obserwuje tylko, jak na moście, co jakiś czas zmienia się niemiecka warta, a z pod gmachu SS, co raz to odjeżdżają kolejne cieżarówki pełne ludzi. Było już po obiedzie, gdy Piłsudska zauważyła mniejszy ruch i zadecydowała, że wracamy do domu. Przeszłyśmy szczęśliwie przez most za rzekę i wróciłyśmy do domu. Dowiedziałam się potem, że tego dnia złapano także moją siostrę Jadwigę i wywieziono do kopania okopów razem z mężczyznami. Udało się jej zbiec i razem z trzema innymi mężczyznami, po kilku dniach wróciła do domu. W dzień kryli się na polach w półkopkach, a nocami szli, wrócili głodni, ale cali i szczęśliwi. Pozostałe osoby z tej łapanki, już do domów więcej nie powróciły.

Zbliżał się dzień wybuchu Powstania Warszawskiego. Dwie starsze córki Piłsudskich i dalsza rodzina, wszyscy byli w zarządzie Powstania. Z dniem wybuchu Powstania 01 sierpnia 1944 r., coraz większy ruch powstał u Piłsudskich, ciągle zjawiali się nieznani ludzie. Piłsudski mówił z nimi na pan, ale już dzieci zwracali się przez „wujek i ciocia”. Ruch był w różne strony, jeździli na wschód i na zachód. Po zbombardowaniu Warszawy do Łowicza, zjechały starsze córki Piłsudskich i jeszcze jacyś panowie. Był to już czas, gdy ja musiłam odejść do moich rodziców, a potem trafiłam do Sióstr Bernardynek. Byłam tam b. potrzebna, bowiem Sierociniec Sióstr rozszerzono o dzieci z Powstania Warszawskiego. A każdego dnia przybywało, coraz to więcej sierot z samotnie walczącej, obficie krwawiącej, ale bohaterskiej stolicy. Miałam pod opieką średnią grupę, a Siostry zakonne miały nadzór na grupą starszą. Otworzyły także Siostry stołówkę dla uciekinierów i głodnych, gdzie my starsze dziewczęta, pełniłyśmy dyżury.

Prześladowania nasilały się i terror niemiecki zataczał, coraz szersze kręgi. Wywożono, co raz to nowe transporty ludzi i nawet mój ojciec Andrzej został osadzony w obozie za drutami. Siedział tam kilka miesięcy, obuty w drewniaki, tak żeby nie próbował ucieczki, tymczasem młodsi mężczyźni, byli segregowani i wywożeni. Raz w tygodniu można nam było podejść pod druty, wyokie na trzy metry, przestrzeń między drutami, też trzy metry i drugi taki wysoki płot. Na ten czas na plac wypędzano wszystkich więźniów i każdy gorączkowo szukał swych bliźnich, przerzucając chleb i inne artykuły żywnościowe. Często nie było już nawet ważne, kto ten chleb złapał, przekrzykiwaliśmy się przy tym, jak się czujemy i kogo już wywieźli. Tak oto zgrozę wojny i bliskiego już frontu, na Ziemi Łowickiej odczuwali już wszyscy.

W grudniu 1944 r. ojciec nasz Andrzej wrócił do rodziny, a nie wiemy za jaką przyczyną. 17 stycznia 1945 r. została wyzwolona, zniszczona totalnie Warszawa, a 09 lutego wojsko polskie i sowieckie wkroczyło do Łowicza. Przyszli także do naszego sierocińca, a było już u nas około 100 sierot z Powstania Warszawskiego. Niektóre dzieci zostały już zabrane przez szczęśliwie, odnalezionych z zawieruchy wojennej rodziców, reszta z niecierpliwością, wciąż czekała na wiadomość od swoich bliskich. Siostry Bernardynki urządziły w naszej świetlicy przyjęcie dla wojska, wszyscy cieszyli się, śpiewali piosenki wojskowe i partyzanckie, radość niby taka ogólna. Ja jednak nie podzielałam tej radości, gdy ujrzałam wojsko polskie razem z sowieckim. Podeszła do mnie siostra Teresa z jednym wojskowym i mówi: „Ta dziewczyna jest z Wołynia.”. A ten żołnierz, nie pamiętam już dziś, jakiego był stopnia mówi do mnie: „A ty czemu nie cieszysz się, kiedy patrzysz na mnie?”. Wiem tylko, że odpowiedziałam wtedy prosto: „Nie cieszy mnie ten orzeł, bez korony na wojskowej czapce i ta czerwona gwiazda na głowie sowieta.”. Przerażona siostra Teresa prędko zabrała go ode mnie, tłumacząc pospiesznie: „Ona przeżyła b. wiele za pierwszego wejścia Sowietów, a potem w wyniku strachu przed wywózką na Syberię.”. Słyszałam jeszcze, jak mówiła o mnie do tego żołnierza: „Ona jest jakaś inna i bywała kiedyś bardzo smutna.”. Zaraz potem, gdy go już oddaliła, podeszła znowu do mnie i chciała mnie jeszcze pocieszyć, ale ja rzekłam śmiało: „Siostro Tereso ja nie potrzebuję współczucia, bardziej potrzebuję zrozumienia.”.

I rzeczywiście, jak na tamten czas i jak na mój wiek, dużo już widziałam, przeżyłam i dość dobrze rozumiałam, kto może być Polsce i nam Polakom przyjacielem. Dla mnie wolną ojczyzną, była Polska z orłem w koronie i z nieujarzmionym honorem. Nigdy nie chciałam być wasalem podległym obcemu mocarstwu i takie wartości, jak wolność a zniewolenie odróżniałam. Zdarzało nam się z siostrą Teresą, jeszcze na te tematy rozmawiać. Mówiła raz do mnie: „Masz twardy charakter, nadajesz się do zakonu.”. Lecz i ta droga nie wydawała się być moim powołaniem, dlatego odpowiedziałam: „Uświęcać się to ja wolę na wolności, niż zakmniętą w murach klasztornych.”. Siostry potem tą moją odpowiedź powtarzały między sobą, mówiąc: „Każdy ma w życiu swoje powołanie.”. Chociaż pięć osób z tego sierocińca po Powstaniu Warszawskim, wstąpiło do Klasztoru. Nawet moja siostra Jadwiga poważnie rozmyślała na tym, aby wstąpić do Zakonu Bernardynek. Potem jednak, może także pod moim wpływem, myślała zmienić swoje plany i wstąpić do Zakonu Szarytek, które zajmowały się opieką nad chorymi w szpitalach. Ukończyła nawet małą maturę medyczną, pielęgniarską, dorobiła dużą maturę, ale już do Zakonu nie poszła. Komuniści zaczęli wprowadzać w kraju swoje porządki i zabronili Siostrom zakonnym, posługiwać przy chorych w szpitalach. Tak to Jadzia została pielęgniarką, ale świecką i do zakonu już nie trafiła.

Ja faktycznie byłam nieco inna, znaczy innego charakteru. Opiszę tylko jeden epizod z życia w tym sierocińcu Sióstr Bernardynek, choć było ich wiele. Moja grupa składała się z dziewczynek w wieku od 9–więciu do 14–nastu lat, a z takimi dziewczynkami łatwiej można się dogadać. Mieszkałyśmy na parterze, podwyższonym piwnicami, od strony południa, od ogrodów Sióstr zakonnych. Cała nasza ściana była porośnięta winogronami, ale dziewczynkom nie wolno było wchodzić do tego ogrodu. Sęk w tym, że wszystkie miałyśmy chrapę na te kiście winogron i bałam się, że pewnego dnia, któraś z tych małych spadnie, wychylając się za daleko po owoce. Próbowałam więc sama sięgać, po te duże grona, pod warunkiem, że to będzie nasza słodka tajemnica i że Siostry nic się o tym nie dowiedzą.

Ogród i zabudowania klasztorne, były ogrodzone tzw. „murem chińskim”, takim wysokim parkanem. Ponieważ były takie przypadki, że Sowieci próbowali dostawać się za ten mur, Siostry poprosiły o pomoc i ochronę ze strony Wojska Polskiego. Na mocy tego porozumienia na poddaszu naszego Sierocińca, stale przebywał jeden żołnierz z karabinem, który pełnił wartę, dzień i noc obserwując plac, ogród i mur klasztorny. Razu pewnego młody żołnierz przyuważył, jak ja wychylam się z okna, gdy dziewczynki mnie asystują, rwę te winogrona i dzielę się zdobyczą z resztą. Więc sam zszedł do ogrodu, narwał całą czapkę winogron i przyniósł, pukając do naszych drzwi z korytarza. Tak oto nawiązała się moja znajomość z tym żołnierzem, który przez cały tydzień przynosił nam tych winogron z ogrodu. Umówiłam się wtedy z nim, że gdy tylko poukładam dziewczynki do snu, będę zachodzić do jego wartowni i będziemy sobie rozmawiać. Było to możliwe, gdyż w mojej grupie, była moja młodsza siostra Jadwiga, która pod moją nieobecność pilnowała porządku w pokojach i obiecała mnie nie wydać. W zamian za to ja opowiadałam jej, wszystko czego dowiedziałam się od tego żołnierza.

Tak się złożyło, że ten młody żołnierz również był z Kresów, a dokładnie z północnego Polesia. Zatem było o czym pomówić, a przeżycia były trochę podobne, z tym że u nich nie było, tych wszystkich masowych zbrodni ukraińskich. Ponieważ jego ojciec był leśniczym, dużo opowiadał o polowaniu, a szczególnie na dziki. Zaprzyjaźniliśmy się, ale ża ja miałam troszka, tej chłopięcej natury i jeszcze nie zdarzyło mi się strzelać z broni, zachciało mi się spróbować. Z początku nie chciał mi dać karabinu do ręki, ale tak już po kilku dniach rozmów, odważył się dać mi broń do ręki i mówi: „Strzelaj przez okno i do góry. Tylko mocno przyciśnij karabin do ramienia, bo na pewno cię kopnie.”. Uradowana myślę sobie: „Wreszcie sobię strzelę, bo dlaczego chłopcy w moim wieku mogą strzelać, a ja to co, jaka ułomna, niby nie zdolna i nie mogę?”. Faktycznie pociągnęłam za spust i wystrzeliłam, dobrze że ten chłopak stał za mną i mnie przytrzymał, bo karabin siłą wystrzału, mocno kopnął mnie w ramię.

Było z tego dużo śmiechu i żartów, ale to nie wszystko, bo wszczęto alarm, a Siostry z Klasztoru zaraz dzwoniły na wartownię i pytały się, co się dzieje. Żołnierz lakonicznie zaś: „Wszystko w porządku. Ktoś próbował wdrapać się na mur i trzeba było strzelić, by tak intruza odstarszyć.”. Ja zaś nawiałam prędko do swojego pokoju, bo bałam się, że ktoś może przyjść na wartownię. Jak udało się raz, chciało się z rurki wypalić jeszcze raz. Tym razem mocniej trzymałam ten karabin pod pachą, by zminimalizować odrzut i bolesne uderzenie, a on trzymał mnie statecznie za plecy. Padł strzał, a ja cała szczęśliwa, że tym razem karabin, tak mocno mi nie oddał. Znowu była afera i o ile Siostrom, można było się jakoś wytłumaczyć, o tyle w dowództwie, już mu specjalnie nie uwierzono. Zdecydowano zatem, by go z tej wartowni odwołać. Chciał się jednak jeszcze ze mną pożegnać i przyszedł w dzień do Sierocińca, prosząc o spotkanie z Rusiecką. Poproszono zatem najstarszą z nas Zosię, której on nie znał, więc mówi: „Chciałbym widzieć się z Rusiecką, a jest ich tu dwie siostry.”. Zosia do dziś opowiada, jak to Ukraińcy zwiedziali się gdzie są siostry Rusieckie i przyszli, by je tu w Sierocińcu znaleźć i wykończyć. Mówiłam jej już powielokroć, że to nie o nią, tym razem chodziło, tylko o mnie, ale ona w kółko swoje o Ukraińcach.

Tak to niestety nasze drogi życiowe się rozeszły i po dziś dzień nie znam nawet imienia tego żołnierza z Kresów. Obie tylko z Jadzią znamy tę tajemnicę, nocnego strzelania z okna Klasztoru Sióstr Bernardynek i robienia popłochu. Dziś po wielu latach skarciłabym siebie za takie wybryki, ale młodość rządzi się swoimi prawami i w tym czasie wielu popełniało, takie i inne, jakże przecież niewinne figle. Tak sobie zresztą myślę, że młodość moja i tak była zbyt poważna. Twierdzę nawet, a nie jestem w tym odosobniona, że wojna zabrała mi, nam wszystkim wołyńskim dziatkom, naszą piękną młodość. Już z dzieciństwa i niemal z marszu musieliśmy przeborazić się w osoby poważne i odpowiedzialne za nasze, a nawet innych, jakżesz często zagrożone życie.

 

LOS KRESOWIAN W ZNIEWOLONEJ PRZEZ KOMUNISTÓW POLSCE

Po zakończeniu II wojny światowej, komuniści polscy na sowieckich bagnetach i z wielkim, socjalistycznym animuszem, zaczęli budować, tak dobrze już znany Kresowianom „raj na ziemi”. Objawiało się to na różne sposoby i właściwie na każdej płaszczyźnie społecznej. Począwszy od pohitlerowskich cel więziennych, które szybko zapełniły się, byłymi żołnierzami Armii Krajowej (AK), Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) i Batalionów Chłopskich (BCH), aż po Kościół polski, poddany ograniczeniom i szykanom. Siostrom Bernardynkom, tak bardzo zasłużonym dla ratowania polskich sierot z Powstania Warszawskiego, nie pozwolono więcej opiekować się dziećmi i młodzieżą. Poza tym przeniesiono Siostry do cywilnego Domu Dziecka. Większość podopiecznych odnalazła rodziców, lub swoje rodziny dalsze, a nasza rodzina Rusieckich, znów połączyła się i znów byliśmy razem. Zamieszkaliśmy w jednym domu, a razem z nami stryj Józef Rusiecki ze swoją rodziną.

Ojciec nasz Andrzej Rusiecki ciągle myślał, że coś musi się jeszcze zmienić i nie tracił nadziei na odzyskanie, straconego majątku rodzinnego na Wołyniu. Na razie chciał być bliżej granicy wschodniej, to także zdecydowało o tym, że nie skorzystaliśmy z przejęcia majątku poniemieckiego na Ziemiach Odzyskanych. Ojciec wciąż powtarzał, że Mikołajczyk ma przyjechać do Polski z Londynu, a wtedy wszystko może się jeszcze odmienić na naszą Kresowian korzyść. W tych swoich kalkulacjach zbarał mnie ze sobą i ruszyliśmy w drogę na wschód, znowu wagonem towarowym. Przez zburzoną Warszawę przechodziliśmy pieszo, pełno gruzów, zgroza, co zrobili z naszą wiekową i królewską stolicą! Przez Most Poniatowskiego na Wiśle przechodziliśmy pojedyńczo i w odległości kilku metrów, jeden od drugiego. Po pewnym czasie dotarliśmy do Zamościa. Tato za złoto, które wykopała Zosia w Swojczowie, wykupił przy ulicy Greckiej, blisko kina, mieszkanie dwupokojowe z kuchnią. Właścicielka tej nieruchomości miała więcej szczęścia i wyjechała na zachód, ale ojciec jak na tamten czas, nie zdawał sobie sprawy, co komuchy, już dla nas szykowały.

A nasza nowa gehenna, właśnie się zaczynała. Póki co, było cicho i znośnie, zatem ojciec w tym mieszkaniu, zostawił mnie samą, a sam powrócił w Łowickie. Nie minęło pół roku, jak przywiózł do Zamościa resztę naszej rodziny powtarzając, że i teraz musimy, jakoś sobie poradzić. Chciał i mobilizował siebie i nasz wszystkich, by dalej walczyć o nasz godny byt, a w przyszłości o odzyskanie naszej utraconej Ojcowizny na Wołyniu. Nie wszyscy jednak wrócili na wschód. Zosia najstarsza z rodzeństwa, nie chciała jechać i pozostała w Łowiczu, podjęła pracę na poczcie i chciała koniecznie ukończyć liceum. Jadzia szykowała się do Zakonu i też poszła do szkoły, gdyż taki był jeden z warunków przyjęcia: „....jeśli nie ma się żadnego majątku, to potrzebne było mieć przynajmniej wykształcenie.”. Została więc i Jadzia w Łowiczu i odtąd przyjeżdżały już z Zosią do Zamościa, tylko na święta.

Trudne to były jednak czasy, gdyż czerwona komuna, coraz bardziej dawała nam się we znaki. A ojciec nasz wciąż, jak zahipnotyzowany powtarzał słowa dziadka Karola: „Nauka to skarb, którego nikt Ci nie zabierze.”. Ale żeby móc się uczyć, potrzebne jest to minimum, aby podołać wszystkiemu i po prostu wyżyć. Tymczasem ojciec nasz był kupcem i to z odpowiednim patentem, lecz co z tego gdy po wojnie zawód ten zniknął niemal zupełnie z życia. Co więcej, ludzie bardzo niechętnie patrzyli i źle się wyrażali o tych, którzy tak próbowali żyć i tym się na powrót trudnić. Niestety komunistyczna propaganda zrobiła swoje, wszyscy mieli być teraz niby to równi i nie można było już być, zbyt nadto przedsiębiorczym. Tak właśnie komuniści polscy niszczyli po wojnie ludzką zaradność. Trzeba dodać jednak, że działo się to wszystko w pewnym sensie za przyzwoleniem prostych ludzi. Komuniści znając miejscowe klimaty, doskonale potrafili wpasować się w chłopskie otoczenie. Dlatego sprytnie grali na wzajemnych animozjach i rozudzali zwykłą zawiść ludzką, w środowisku chłopskim, zresztą zawsze obecną.

Mieszkanie które ojciec kupił na zamojskiej Starówce za ucziwie zarobione i odłożone „na czarną godzinę” złoto, jeszcze na przedwojennym Wołyniu, teraz komuniści polscy, brutalnie mu odebrali. Na odchodne powiedzieli krótko: „Własności budynków w mieście już nie ma, teraz wszystko jest państwowe.”. Z reformy rolnej po folksdojczu, dali mu zaledwie 5 ha ziemi, naturalnie bez sprzętu rolniczego i nawet bez budynków gospodarczych. Komuchy przebiegle potrafili się przy tym wytłumaczyć: „Wasza rodzina zameldowana jest przecież w mieście w Zamościu.”. Koniec końców, tylko tyle zostało nam ze wszystkiego na Wołyniu, a jeszcze trzeba było płacić podatki, za te ich hektary! Ojciec nigdy rolnikiem nie był, pracować na roli się nie rwał i podatki dla komuchów płacić nie chciał, lecz najbardziej bolało go, że nie może pomóc nam, swoim własnym dzieciom.

Znów jak bumerang wróciły do nas straszne i bardzo ciężkie czasy. Ojciec nasz Andrzej załamał się, a mamusia Bronisława rozchorowała się i już nigdy nie wróciła do pełnego zdrowia. Największym wysiłkiem pozbierali się jednak do kupy i raz jeszcze wzięli się w garść, by znów zacząć od nowa, tym razem na Ziemi Zamojskiej. Na dobry początek ojciec kupił krowę, więc już było tak potrzebne mleko. Mamusia posadziła kurę na jajkach, wkrótce były kurczaki, potem zaś kury i wreszcie swoje jajka. Zaczynaliśmy niemal od zera, ale z wolna jakoś to szło. Ojciec kupił konia bułankę i trochę jeździł na jarmarki, coś tam nawet trochę zarobił. Kupił zaraz mamusi prosiaczka i tak pomału zaczęli odbijać się od dna, powojennej, komunistycznej nędzy i gospodarzyć w Sitańcu pod Zamościem.

Pamiętam jak uszyłam sobie takie ciapy filcowe, aby nie chodzić po miejskim bruku boso. Niedługo potem kupiłyśmy razem z siostrą Marysią pierwsze nasze półbuty, ona chodziła w nich do szkoły, a ja do Kościoła. Marysia, Kazia, Piotr i Jasia poszły uczyć się do szkoły. Ja pozostawałam w domu, by zapracować na skromne, nieraz głodowe życie i na te najpotrzebniejsze rzeczy. Był to też czas kiedy pomagałam rodzicom przy większych pracach. Aby utrzymać się w mieście, zaczęłam podejmować pracę zarobkową i tak w 1947 r. przy burakach przy Szkole Rolniczej, gdzie komuniści założyli P.G.R. Pracowałam także przy młócce i przy odwiewaniu plew od zboża i tak po kilka złotych przynosiłam do domu. A pieniądze były potrzebne na wszystko, na opłacenie czynszu, na zakupienie zeszytów i wszystkich innych przyborów szkolnych, bo nie mieliśmy nic, a oto wszyscy chcieli się uczyć.

Najgorsza była jednak praca w tuczarni drobiu na Nowym Mieście w Zamościu, przy skubaniu kur z pierza, bo wtenczas obskakiwały nas pchły kurze, a to nie było przyjemne. Potem skubałam tam jeszcze gęsi i kaczki. W 1949 r. podjęłam się pracy w Przetwórni Owoców i Warzyw w Janowicach koło Zamościa i przepracowałam tam 10 lat. Mimo tych obowiązków, zdołałam ukończyć Technikum Rolnicze, kurs księgowości i półroczny bankowy, a potem jeszcze 2,5 roku księgowości budżetowej w Lublinie. Tak oto ja oraz moje rodzeństwo, chlubnie wpisaliśmy się w wypełnienie testamentu rodowego, naszych dziadków Rusieckich. Wszystkie dzieci Andrzeja Rusieckiego ukończyły szkołę średnią, a trzy osoby nawet zdobyły wykształcenie wyższe.

 

NIE POMARLI CI KTÓRZY ŻYJĄ W PAMIĘCI NARODU

Wspomnienia z Wołynia i pamięć o naszych najbliższych, którzy zostali tam już na zawsze, nigdy nie była i nie będzie usunięta z serc, tych którzy przeżyli, z naszych serc. Jest tam bowiem takie miejsce szczególne, którego nic innego nie może wypełnić, czy zastąpić i nawet gdyby ktoś siłą próbował wyrwać nam je z serca, nic z tego, to jest po prostu niemożliwe. To są nasze najskrytsze „sankturia modlitwy i pamięci” . I doprawdy daremnie, by szukać porównań, to jest coś takiego, co nigdy nie gaśnie, a nawet nie stygnie, ale wciąż i nieustannie płonie w nas, zarzewiem wiecznej miłości, dla Tych właśnie Męczenników z Kresów, Tym właśnie nam najdroższym.

W pewnym sensie to jest taki aksjomat, który wyznaczał nasze koleje losu, także powojenne. Zawsze bowiem czekaliśmy tej sposobnej chwili, by jeszcze tam wrócić, by odszukać mogiły naszych najbliższych i przyjaciół, nigdy nie porzucaliśmy nadziei, by zapalić na Ich „grobach”, lapmkę pamięci, postawić katolicki krzyż i pomodlić się. Dlatego przez te wszystkie lata utrzmywałam żywe kontakty nie tylko w ramach naszej dużej rodziny Rusieckich, ale także z innymi, drogimi mi osobami ze Swojczowa i z okolic, ale i z całego Wołynia. Miałam ułatwione zadanie, gdyż wielu Kresowian, w tym b. dobrze mi znanych, osiadło na pięknej Zamojsczyźnie i w samym Zamościu. Przy różnych okazjach spotykaliśmy, rozmawialiśmy, wpominaliśmy tamte lata, wydarzenia i tamte, drogie nam osoby. Taką najdroższą i najbardziej zaufaną koleżanką z racji relacji rodzinnych, ale i koleżeńskich, była mi Władysława Główka z d. Bedychaj z Wólki Swojczowskiej. Spotykałam się także z Jadzią Pasikowską z d. Jarmolińską i wieloma innymi drogimi mi osobami, których wspominałam już także powielokroć powyżej.

Odzyskanie pełnej niepodlegości przez Polskę, zrodziło nowe zupełnie i szersze możliwości działania. Dochodziły do mnie słuchy, że coraz to nowe osoby podejmują starania, by odnaleźć mogiły swoich rodzin, które na zawsze zostały na Wołyniu. W tych działaniach, aktywnością wyróżniała się pani Teresa Radziszewska z Zamościa, oto jej osobiste świadectwo o tej pracy: „W dniu 04 września 1943 r. w kolonii Aleksandrówka, gm. Kupiczów, pow. Kowel, woj. Wołyńskie miała miejsce największa tragedia osobista mojego życia. Ukrainiec o przezwisku Manin Hnat, pochodzący z pobliskiej ukraińskiej wsi Ośmigowicze, z zimną krwią zamordował moich rodziców, braciszka 5 lat, siostrę 3 latka i drugiego braciszka 1,5 roczku. W jednej chwili straciłam wszystko, co było najdroższe memu sercu: kochających rodziców, wdzięczne rodzeństwo i rodzinny dom. Moje życie straciło sens, a ja czułam się jakaś taka ‘odrętwiała’. Było mi wszystko jedno, co się za chwilę ze mną stanie, gdzie i po co właśnie idę. Dookoła łuny pożarów, strzały, porąbane ciała ludzkie, wałęsające się zwierzęta, przeraźliwie wyjące ‘bezpańskie’ już psy i ja 9–cio letnia już sierota, ściskająca w rączce różaniec. Ile to razy kładąc się spać myślałam: ‘... oby się już więcej nie obudzić.’. Tego wszystkie było za wiele, jak na takie dziecko: ból, łzy, rozpacz, tęsknota za rodziną, utrata dzieciństwa.

Od tamtego, pamiętnego dnia, najbardziej smutnym dniem w całym roku, były dni oktawy Wszystkich Świętych, a specjalnie Dzień Zaduszny. Oto bowiem wszyscy szli na cmentarze, ale ja nie miałam, gdzie zapalić świecy dla moich najbliższych. Myśli moje szybowały wtedy na Wołyń, a serce moje łkało z bólu, gdyż nawet nie wiedziałam, gdzie zostali zakopani. Leżeli tam wciąż, bez mogiły, bez Krzyża, bez katolickiego pochówku i tak to trwało o zgrozo przez...... 49 lat. Czasy się zmieniły i nareszcie mogłam odszukać mogiłę moich bliskich. Zrobiłam to, pomimo że wszyscy mi odradzali, mówili: ‘Po tylu latach, gdzie ty Ich tam znajdziesz?!’. Płomień niegasnącej miłości w moim sercu, okazał się jednak silniejszy, niż wszystkie inne ‘wichry wojny’ .

Napisałam więc pismo do Moskwy do Czerwonego Krzyża i do Czerwnego Półksiężyca, określając dokładnie miejscowość rodzinnej tragedii. Pismo wędrowało i w końcu dotarło we właściwe miejsce, a ja otrzymałam pozwolenie na wyjazd na Wołyń. Kiedy tam pojechałam w to miejsce, gdzie zostali zakopani moi rodzice i rodzeństwo, było już ogrodzone płotkiem, a opodal na łące pasły się kołchozowe krowy. Przed 49 laty, były tu bagna, teraz osuszone. Ukraińcy rozpoznawali to miejsce po dzikiej róży, która zasiała się na mogile mojej rodziny, dziwili się przy tym Ukraińcy mówiąc: ‘Przecież tu nigdzie w pobliżu nie rosną dzikie róże!’. Kiedy zatem odnalazłam to miejsce, następnym moim pragnieniem stało się: ‘Za wszelką cenę zabrać Ich z tej nieludzkiej ziemi.’. Starania moje nie poszły na marne bowiem oto w dniu 17 czerwca 1991 r. odnalazłam i pozbierałam, te najdroższe memu sercu kości, a następnie przewiozłam na Ziemię Zamojską. Moja rodzina spoczęła teraz godnie na cmentarzu w Lipsku w rodzinnym grobowcu i nareszcie ukoiłam swoje serce, które przez 49 lat nie mogło zaznać spokoju, dręczone niemiłosiernie. Przy tej okazji skorzystały także inne rodziny kresowe, bo w sumie 19 osób. Odprawiliśmy Im piękne pogrzeby.

Niebawem okazało się, że spokój nie na długo zagościł w moim sercu. Oto inni Kresowianie zaczęli mi ‘zazdrościć’, mówili: ‘Ty odnalazłaś swoich, a gdzie moi? Jak ja odnajdę swoich i czy kiedy w ogóle odnajdę, by chociaż tam Krzyż postawić?!’. Jak ja ich bardzo wtedy rozumiałam, jak nikt inny. I tak zrodziło się we mnie postanowienie, że skoro mi Bóg dał tę łaskę, to na pewno nie po to, bym się nią sama cieszyła. Raczej bym pomagała innym w odnajdywaniu mogił i w ustawiniu katolickich Krzyży, ile i póki mi sił starczy. Wiedziałam jednak, za sama niczego nie dokonam. Swoimi myślami podzieliłam się z Prof. Włodziemierzem Sławoszem Dębskim, jednym z obrońców Kościoła w Kisielinie. I tak to właśnie rozpoczęło się upamiętnianie Wołynia. [...]” .

Tak jak potrafiłam najlepiej i ja, od początku starałam się aktywnie włączyć w tę wspaniałą pracę na rzecz upamiętnienia wszystkich ukraińskich Ofiar Wołynia i Kresów, w tym naturalnie moich najbliższych. W zimie 1991 r. pojawiła się nowa, niezwykła inicjatywa naszego środowiska Kresowian w Zamościu, by zbudować pomnik wszystkim Ofiarom ukraińskich rzezi na Wołyniu. W tej sprawie Prof. Włodziemierz Sławosz Dębski pisał do pani Teresy Radziszewskiej: „Pani Tereso proszę utworzyć Komotet z Wołyniaków, których już pani nazbierała dużo i szukać miejsce na postawienie pomnika, gdzieś tu w Zamojskiem.”. W taki oto sposób 09 lutego 1991 r. powstał Społeczny Komitet budowy pomnika Ofiar pomordowanych Polaków na Wołyniu przez OUN–UPA. Po zastanowieniu na miejce pomnika wybrano Rotundę – cmentarz wojenny i miejsce męczeńskiej śmierci tysięcy Polaków.

Zgodę na urządzenie tego miejsca pamięci, wydał 21 czerwca 1991 r. pan Marcin Zamoyski, przewodniczący Miejskiego Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Zamościu. Pracami pokierowali inicjator i projektant Krypty pan Prof. Włodzimierz Sławosz Dębski z Lublina, oraz Stanisław Piwkowski ps. „Wrzos” żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK i naturalnie pani Teresa Radziszewska. Pozostałe osoby, które wyróżniały się zaangażowaniem w tych pracach to: Alfreda Magdziak, Józef Pilczuk, Janina Gruszka, Stefania Sławińska, Kamila Ostasz i wielu innych, wszyscy przeważnie z Zamościa.

Uroczystość poświęcenia Krypty miała miejsce 05 maja 1992 r. i była specjalnie przygotowana, przewodniczył ks Infułat Jacek Żurawski, obecne były władze miasta Zamościa, orkiestra wojskowa i kompania honorowa Wojska Polskiego. Przybyło bardzo wielu dawnych mieszkańców Wołynia, w sumie około 500 osób. Spotkanie było pełne wzruszeń, łez oraz wspomnień, spotkali się bowiem po 49 latach dawni sąsiedzi, znajomi i rodziny, spotkali się jakoby na wspólnej mogile swoich bliskich. Właściwie wszyscy uczestnicy uroczystości na Rotundzie, wyrażali wielką chęć organizowania wyjazdów na Wołyń, bardzo chcieli odwiedzać te miejsca, z których zmuszeni byli uciekać w roku 1943.

Po uroczystościach religijnych o godz. 13.00 miało miejsce spotkanie w kinie „Stylowy” – obecnie Kościół Ojców Franciszkanów na Starym Mieście. Uczestnicy wysłuchali koncertu Włościańskiej Orkiestry im. Karola Namysłowskiego, w tym pieśni skomponowanych specjalnie na tę uroczystą chwilę. Profesor Sławosz Włodzimierz Dębski w swoim przemówieniu do zebranych powiedział i tak: „Słuchajcie Wołyniaki mamy już wspólną Wołyńską Mogiłę, a skoro tak licznie dzisiaj tutaj zebraliście się, to zoobowiązuję Was do spisania wszystkich wspomnień z Wołynia, z naszej wojennej gehenny. I żeby to brzmiało jeszcze lepiej, to zobowiązuję także panią Teresę Radziszewską do założenia naszego wołyńskiego Stowarzyszenia.”. Jak mawiała potem nieraz pani Teresa, którą darzę wielkim szacunkiem: „Nie miałam wyjścia, trzeba było dalej kontynuować sprawy Wołynia.” .

W rezultacie już w lipcu 1992 r. w Zamościu powstało Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu w latach 1939-1945. Naturalnie nawiązałam i podtrzymywałam kontakty z sekretarzem tego Stowarzyszenia panią Teresą Radziszewską oraz innymi osobami, a szczególnie z moją kuzynką Władzią Główka z d. Bedychaj. W celach zamojskiego Stowarzyszenia widziałam bowiem realizację i moich celów, o które walczyłam całe życie, oto one:

- Ustalenie wszystkich miejscowości na Wołyniu, obecnie nieistniejących, ponieważ zostały zniszczone przez Ukraińców OUN - UPA, a ich ludność okrutnie pomordowana. Naniesienie tych miejscowości na mapy.

- Ustalenie oraz zebranie w indeks wszystkich Polaków zamieszkałych na Wołyniu, a pomordowanych w latach 1939-1945.

- Ustawienie Krzyży w miejscu złożenia pomordowanych i umieszczenie tablic upamiętniających oraz odprawienie mszy pogrzebowych.

- Zbieranie wspomnień i przeżyć z lat II wojny światowej, dotyczących rzezi wołyńskich oraz przekazywanie do Archiwum Wschodniego w Warszawie.

- Stała opieka nad Kryptą na Zamojskiej Rotundzie i dalsze umieszczanie tablic z nazwiskami pomordowanych na Wołyniu.

- Organizowanie wycieczek na Wołyń z uwzględnieniem dotarcia do dawnych miejsc zamieszkania.

- Niesienie pomocy w odnawianiu na Wołyniu poskich rzymsko - katolickich Kościołów.

W bardzo wiele powyższych inicjatyw przez te wszystkie lata, starałam się angażować osobiście i bezpośrednio. Starałam się także krzewić po wojnie żywą pamięć o historii i losach cudownego obrazu Matki Bożej Swojczowskiej, opisując, powielając i rozsyłając te treści w wiele miejsc i do wielu osób w Polsce. Z różnych źródeł ustnych, udało mi się ustalić, że tej nocy po wcześniejszym obrabowaniu, Ukraińcy dwukrotnie, bezskutecznie, usiłowali zniszczyć nasz murowany Kościół. Po dwóch nieudanych próbach wysadzenia kościoła w powietrze, ktoś powiedział: „To Mater Boża nie pozwala wysadzić Kościoła. Trzeba wpierw usunąć święty obraz.”. Jak zamierzyli, tak i zrobili! Obraz rzeczywiście wydarto brutalnie z ram Ołtarza głównego i wyrzucono na zewnątrz świątyni. Z woli Bożej Opatrzności Obraz udało się ocalić dwóm Ukrainkom, które zabrały go do cerkwi w Swojczowie. Dzięki temu ks. Stanisław Kobyłecki, mógł rozpocząć starania o przewiezienie Obrazu do parafii Św. Joachima i Anny we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie był proboszczem. Historia ta dokładnie została opisana we wspomnieniach powyżej.

Obraz ze Swojczowa trafił do kościoła we Włodzimierzu Wołyńskim. Następnie po tułaczce, którą odbył wraz z żołnierzami 27 Wołyńskiej DP AK i z ocalałą ludnością polską, obraz został ofiarowany Zgromadzeniu Sióstr Świętej Teresy od Dzeiciątka Jezus w Świdrze. W 1945 r. Ludwik Wolski, otwocki proboszcz, umieścił wizerunek w bocznej kaplicy Kościoła św. Wincentego a Paulo w Otwocku k. Warszawy. Obraz był b. zniszczony. Dwa razy poddawano go konserwacji i restauracji. W 1987 r. gruntownej renowacji wizerunku dokonał pan Marian Paciorek z Krakowa. W tej renowacji odsłonięte zostało całe piękno obrazu. Określono czas jego powstania na XVII w. .

Dawni parafianie ze Swojczowa i mieszkańcy okolic, którzy ocaleli z pożogi wojennej, przybywają do Otwocka w dniu 08 września każdego roku, by modlić się do Matki Bożej, Pani Ziemi Wołyńskiej, patronki ich tułaczego losu. 27 września 1993 r. dokonano uroczystego aktu zawierzenia miasta Otwocka opiece Matki Bożej. Cieszyłam się, gdy w 1996 r. staraniem naszego Stowarzyszenia Polaków Pomordowanych na Wołyniu, postawiony został krzyż w Swojczowie w miejscu zburzonego przez Ukraińców kościoła. Niedługo później przyszło kolejne pocieszenie. Decyzję o koronacji wizerunku Matki Bożej Swojczowskiej, podjął ks. bp Ordynariusz Kazimierz Romaniuk, spełniając prośby byłych parafian ze Swojczowa i obecnie mieszkających w Otwocku. Koronacja odbyła się 08 września 1998 r. i została dokonana przez Arcybiskupa Lwowa, Mariana Jaworskiego. O wielkiej czci, jaką odbiera Matka Boża w Otwocku, świadczy niezwykła ilość wot wiszących wokół obrazu i przechowywanych w archiwum parafii.

Kult Matki Bożej ze Swojczowa zawsze był i będzie w centralnym punkcie, także mego zawierzenia Maryi Królowej Polski i naszego Narodu. Przed to święte i tak kochane Oblicze pielgrzymuję zawsze, kiedy tylko Opatrzność Boża mi na to pozwala. Po temu także, mam w sobię dziś tę moc, by nie szukać w swoim sercu zemsty, ale jedynie pamięć, o której tyle już pisałam powyżej. Jest takie mądre wskazanie, które często jest cytowane w ostatnich latach: „Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają Ofiary!”. Dlatego wybaczam banderowcom ich zbrodnie oraz wszystkie inne cierpienia, jakie zadali nam i naszym rodzinom, nie mogę się jednak pogodzić z tym, by dziś tych samych banderowców nazywano bohaterami. To się po prostu wyklucza, tego nie da się pogodzić ze zwykłą ludzką uczciwością. Jeśli bowiem banderowcy, którzy mordowali naszych najbliższych, a nawet swoich pobratymców, którzy sprzeciwiali się czynnie, ich podłej, zbrodniczej ideologii, jeśli ci sami banderowcy, to dziś na Ukrainie bohaterzy. To powstaje proste pytanie, którego niepodobna pominąć: kim w takim razie są dziś ich Ofiary? Prawdę trzeba powiedzieć do końca, prawdę o tym kto był na Kresach Ofiarą, a kto podłym zbrodniarzem.

Przez te wszystkie lata chętnie gościłam u siebie, byłych naszych parafian ze Swojczowa, a w czym mogłam, to i starałam się usłużyć, choć nie sposób opisać wszystko. Każdego roku pragnęłam także uczestniczyć we mszy świętej na zamojskiej Rotundzie, ku czci pomordowanych na Kresach. Z uwagą śledziłam inne inicjatywy, które rodziły się na terenie całej Polski, a które za cel stawiały sobie, jak my w Zamościu, upamiętnienie Ofiar ukraińskich nacjonalistów.

Bardzo prężną działalność na rzecz upamiętnienia naszych wołyńskich losów i dziejów 27 Wołyńskiej DP AK, rozwinęło dla przykładu środowisko żołnierzy tej formacji na ulicy Chłodnej w Warszawie. Powstało wiele pożytecznych dzieł, do najbardziej chlubnych zaliczam pomnik 27 Wołyńskiej DP AK na Żaliborzu przy Alei Armii Krajowej na tzw. Skwerze Wołyńskim w Warszawie. Warto także wspomnieć masę książek na ten temat, a szczególnie dwa b. bogate opracowania: Jerzego Dębskiego i Leona Popka pt. „Okrutna przestroga”, Lublin 1997 r. oraz Leona Karłowicza i Leona Popka pt. „Śladami Ludobójstwa na Wołyniu”, Lublin 1998 r.

W jednym z tych opracowań mieszkaniec Swojczowa Bolesław Dolecki, tak wspomina tamte dni, w swoim liście pisanym, już po wojnie do swojego rodzonego brata Stefana Doleckiego: „[...] Widzą to Ukraińcy, że ludność polska ucieka, rozstawili uzbrojone straże partyzantów swoich i zawracali uciekających Polaków do domu. Żeby ludność polska uspokoić, sztab partyzancki wypuścił ulotki uspokajające z rozmaitymi przyrzeczeniami. Co do Dominopola, to przyznawali się do winy, że źle zrobili, ale pisali, że były w tym inne czynniki, które wkrótce wyjaśnione będą, a ci którzy uciekają, będą uważani za wrogów i kara ich nie minie, bo prędzej czy później Włodzimierz będzie przez nas zdobyty i uciekinierzy zostaną schwytani. A nasi sąsiedzi, znajomi partyzanci ukraińscy zaczęli nas, Polaków, omamiać. Mówili: ‘Nie bójcie się, nic wam złego nie stanie się, do kogo tam pójdziecie do Włodziemierza ? Tam będzie głód, z głodu poumieracie, ot, żniwo zbierajcie, zboże, nikt was nie będzie zabijał. Nie bierzcie tego pod uwagę, co się stało w Dominopolu. Tam każdy mieszkaniec przechowywał szpiega i ci szpiedzy napadali na nasz sztab, dużo naszych partyzantów pozabijali, więc pomściliśmy ich. A tych chłopców, których pozabierali, mówili nam Ukraińcy, że oni byli na liście, która dostała się do sztabu jako polska organizacja, więc ich dlatego pozabierali, a kto nie winien, tego nie zabiorą, niech będzie spokojny. Wam tak nie będzie. W razie czego my was będziemy bronić, śpijcie w domach swoich, a jak już tak boicie się, to przychodźcie do mnie na noc.’. Tak przyrzekali sąsiedzi i znajomi ukraińcy, tak ludność polską okłamywali. Jednak w dalszym ciągu morderstwa nie ustawały. Zabierano chłopców i mężczyzn wojskowych do lasu i mordowano. [...].

I dalej w tym samym liście: „[...] Ja dowiedziałem się, że mordują, więc uciekłem na cmentarz. Wylazłem na gęsty świerk i siedziałem cały dzień do nocy. Widziałem jak chłopi ukraińscy i partyzanci obławą chodzili, przeszukując zabudowania, ogrody, kopki na polach, szukając ukrytych, za uciekającym strzelali, na koniach dopędzali i zabijali. Po domach już pomordowanych, zabierali świnie, kury, plądrowali i przeszukiwali. Godzina mniej więcej 10.00, przychodzi obława na cmentarz. Czterech z karabinami i siedmiu ze szpadlami. [...] Padają dwa strzały: zabili kobietę, Dobrowolską Hannę z synem ze wsi Swojczowa. Przeszukują krzaki, drugi raz przeszli pod moim świerkiem, na którym siedziałem. Nareszcie słyszę krzyczą: ‘Wyłaź! Wyłaź!’. Znaleźli kobietę z córką, Marię Karandową. Kobieta prosi: ‘Panie Torczyło niech pan nas nie bije!’. Słyszę odpowiedź: ‘Teper ne ma Torczyło. Wyłaź!’ Słyszę jęk kobiety, pada dwa strzały, cisza. Zostali pobici. Szukają dalej, przegartują krzaki. Znowu dwa strzały. Zabili 14 - letnią Potocką, córkę Jana i 15 – letnią Marię Sobiepan, córkę Stanisława. Szukają dalej. [...].” [Leon Karłowicz, Śladami Ludobóstwa, s. 321-325]

Monumentalną pracą na temat zbrodni ukraińskich na Wołyniu jest dzieło Władysława i Ewy Siemaszko pt.: „ Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945 tom I i II. ” . Nie mija i mnie osobista satysfakcja bowiem w stosownym czasie przesłałam wraz z Władzią na ręce pana Władysława Siemaszko i jego córki Ewy materiały, które posiadałyśmy na temat losów mieszkańców Swojczowa i okolic. Wykaz ten zamieszczam poniżej:

 

WYKAZ POLAKÓW ZAMORDOWANYCH PRZEZ BANDEROWCÓW W SWOJCZOWIE I W OKOLICACH W ROKU 1943

                Wykaz ten sporządziłam po wojnie w Zamościu, razem z Władzią Główką z d. Bedychaj. W czerwcu 1992 r. przesłałyśmy jedną kopię do Warszawy do pana Władysława Siemaszko i jego córki Ewy, którzy gromadzili i systematyzowali te dane, na potrzeby przyszłej publikacji o ludobójstwie na Wołyniu. A oto zapamiętane przez nas nazwiska i imiona miekszkańców Swojczowa i okolic, zamordowanych przez bandy ukraińskie w roku 1943:

            W Dominopolu:

Wymordowano całą dużą wieś polską, ok 100 numerów, w tym mojego wujka Franciszka Lipinę, jego żonę i kilkoro dzieci.

W Swojczowie:

  1. Karol Rusiecki i jego żona Karolina – moi nieodżałowani dziadzio i babcia.
  2. Pawłowski i jego żona.
  3. Dobrowolska Anna i jej syn.
  4. Jan Buczek i Władysława – Władzia była moją kuzynką.
  5. Koraudowska Maria i córka.
  6. Potocka, córka Jana.
  7. Maria Sobiepan, córka Stanisława.
  8. Leon Mierzyjewski, Władysław Bedychaj, Zygmunt Rak, Hipolit Majewski, Eugeniusz Buczek – łącznie było to 11 młodych chłopców, wszyscy po wojsku, zabrano ich na dwa wozy, wywieziono ze Swojczowa i razem pomordowano.
  9. Felicja Dolecka – zamordowana 20 sierpnia 1943 r. .

W okolicach Swojczowa:

  1.  Marianna Sobiepan z d. Jakubaszek, lat 74.
  2. Leon Bedychaj, syn Mikołaja.
  3. Mirosław Zienkiewicz z jego rodziną – razem 4 osoby.
  4. Adolf Buczko, Antoni Stelmach, Adolf Gaczyński, Sabina Gaczyńska, Stanisław Michalak, Andrzej Kaczkowski.
  5. Józef Bedychaj – młody kawaler.
  6. Józef Bedychaj – lat 70.
  7. Franciszek Zwolas, Walenty Wesołowski, Stanisław Skoczylas.
  8. Antoni Hasiak, Antoni Bedychaj, Władysław Wawrzynkiewicz.
  9. Eugeniusz Hypś, Adolf Burliński.
  10. Kosiorek: mąż, żona i córka – Elizabetpol.
  11. Aleksander Żyrawski, jego żona i córka – Elizabetpol.
  12. Brzezicki, mąż i żona – Teresin.
  13. Mikołaj Bojko – Teresin.
  14. Józef Łyszczak – Smolarnia.
  15. Stefan Bedychaj – Smolarnia.

 

MĘCZENNICY ZOBOWIĄZUJĄ ŻYWYCH

W sierpniu 1997 r. miałam to szczęście, brać udział w wyjeździe naszego Stowarzyszenia na Wołyń. Znakomicie relację z tego wyjazdu, zdała pani Teresa Radziszewska w artykule p.t. „Umarli Zobowiązują Żywych”, opublikowanym w Kresowych Stanicach na str. 49–52. Oto fragment tego porywającego, jakże dającego do myślenia reportarzu: „[...] Dojeżdżamy wreszcie do Swojczowa, to dawna parafia Teresina i Dominopola. Są tu oddalone 5-7 km rozstajne drogi, czeka na nas szef KGB i hołowa - w obawie byśmy, nie skierowali swoich pojazdów do Dominopola. Zatrzymujemy się koło krzyża, który postawiliśmy w ubiegłym roku w miejscu wysadzonego w powietrze kościoła. Tu było kiedyś sanktuarium Matki Boskiej Swojczowskiej - obraz ocalał. Obecnie znajduje się w Otwocku koło Warszawy. Kopię tego obrazu wykonaną z brązu zawiesiliśmy na krzyżu. Pod obrazem zawiesiliśmy kosz z biało-czerwonych róż i wstęgą. Obecnie widzimy na nim zawieszony ukraiński ręcznik, tak jak wieszają na swoich obrazach w cerkwi.  Zapalamy znicze, modlimy się chwilę, odjeżdżamy w kierunku Teresina. Szef KGB pyta, którędy będziemy wracać.

Poprzedniego dnia padał deszcz, jedziemy polnymi drogami, poprzez wertepy i kałuże, ze trzy km wzdłuż lasu. Wjeżdżamy w gęsty liściasty las, posadzony w 1947 r. Przewalone drzewo nie pozwala jechać dalej. Wysiadamy. Około 150 m trzeba przejść piechotą. Z wąwozu wychodzimy pod wzniesienie. Wśród leszczyny i dębów, rosną wiśnie, jabłonie, śliwy, już zdziczałe. Tu właśnie był kiedyś Teresin – polska wioska. Tu stały domy, były sady, tu mieszkali Polacy. Dzisiaj, w środku lasu na wzgórzu jest dosyć duża polana. Podobno, kilka razy sadzone tam drzewa usychały, tak mówią miejscowi Ukraińcy. Rośnie tam dosyć duży krzak bzu, a nie opodal widnieje 8 metrowy metalowy krzyż z wizerunkiem Chrystusa - wspaniały widok!

Modlimy się, zapalamy znicze, ustawiamy kwiaty, nie możemy powstrzymać wzruszenia. Po 50-ciu latach po raz pierwszy przybyli dawni mieszkańcy tej ziemi. Przychodzą Ukraińcy - starzy, młodzi, dzieci. Wynurzają się z lasu, rozpoznają dawnych znajomych - powitania, łzy... . Nie zabraliśmy ze sobą stołu, więc oo Leszek rozgląda się - na czym by można rozłożyć się do odprawienia Mszy Świętej? Wyciąga z walizeczki szaty liturgiczne, kładzie je na ziemi, przykrywa białym obrusem. Zalega cisza, szumi tylko las. Oo Leszek w towarzystwie ks. Tadeusza Sokoła rozpoczyna nabożeństwo. Śpiewamy pieśni, kapłani wygłaszają homilię, słowa ich głęboko zapadają wszystkim w serca. Nad naszymi głowami kilkakrotnie zatacza kręgi jakiś piękny ptak. Pan Piwkowski kieruje słowa podziękowania do Ukraińców. Mówi o pamięci, przyjaźni, kilka słów też w języku ukraińskim.

Pani Rozalia jest szczęśliwa. Przy podziękowaniu załamuje się jej głos – dokonała tego, o czym przez całe życie marzyła. Nareszcie po 54 latach dla jej bliskich oraz znajomych i sąsiadów został odprawiony katolicki pogrzeb. Oo Leszek poświęca krzyż i dokoła teren. Przynagla nas do odjazdu, bo nie wie, co z pogrzebem staruszki?... Jeszcze ostatnie spojrzenie, słowa modlitwy, przybyłe dzieci obdarowujemy słodyczami i wyruszamy w powrotną drogę. Tym razem jedziemy nieco inną trasą, ale i ta nie jest lepsza od poprzedniej. Dwa razy grzęźnie w kałuży jeden z samochodów – i jak na ironię ten, którym jedzie oo Leszek śpiesząc na pogrzeb. Ponownie wracamy do Swojczowa. Tym razem zatrzymujemy się trochę dłużej pod krzyżem Matki Bożej Swojczowskiej. Odjechał tylko oo Leszek, ale w ostatniej posłudze wyręczył go pop, dłużej nie mogli czekać, a może doszli do wniosku, że nie była to Polka, lecz Ukrainka.

Przychodzą do nas miejscowi Ukraińcy, szukają dawnych znajomych, pp Piotruni Rusieckiej, Władzi Bedychaj. One to wywoziły ze Swojczowa do Włodzimierza cudem ocalały obraz. Pani Jadzia Pasikowska rozdaje dzieciom i starszym, obrazki MB Swojczowskiej, medaliki. Przywiozła ich ponad 70, słychać modlitwy, pieśni, rozmowy. Panią Janinę Wojciechowską nurtuje myśl o Dominopolu, przyjechała ze Skierniewic, jest po wylewie. W ubiegłym roku nie dojechała do miejsca, gdzie był jej dom. Jak Ukraińcy mordowali Polaków była na robotach w Niemczech - dlatego ocalała. Tu w Dominonolu w lipcu 1943 r UPA zamordowało 490 osób. W Wołczaku tuż obok mieli swoją siedzibę, być może dzisiaj ich wnukowie ćwiczą w tym lesie. Mówili Ukraińcy, że przez kilka dni 2-letnie nie dobite dzieci, biegały wśród trupów, rozpaczliwie piszczały, szarpiąc nieżywą matkę.

Pani Janina podchodzi do mnie. Ze łzami w oczach mówi - p. Tereniu, chciałabym chociaż do tego mostku dojechać, by ostatni raz popatrzeć choć z daleka na swoją ziemię. Mówię: ‘Widzi pani, jesteśmy bezradni’. Spojrzałam w stronę p. Piwkowskiego, rozmawiał z dawnym hołową tego terenu. Podchodzimy do nich, ponawiamy prośbę. Pan Piwkowski zwraca się do swojego rozmówcy z prośbą, że może by swoją maszyną, ją jedną podrzucił. Ten chętnie wyraża zgodę. Pani Janina chce, by z nią, pojechał jeszcze p. Mikulski, który kiedyś mieszkał w Wołczaku - los zrządził, że ocalał. Kierujemy się wszyscy w stronę ‘maszyny’ - t.j. taksówki, gdy wtem zachodzi nam drogę obecny hołowa, pyta dokąd chcemy jechać, do Dominopola nie pozwala. Pani Jasia płacze, mówi: ‘Ja tu już nigdy więcej nie przyjadę, a chciałabym chociaż raz jeszcze przed śmiercią spojrzeć na własną ziemię.’. Ukraińcy są najwyraźniej wzruszeni. Hołowa decyduje: ‘To pojedziemy obydwaj i tylko pani.’. Pani Jasia przez łzy mówi ‘A nie zamordujecie mnie tam?’ -pokazując palcem pod brodę. Zosia Szwal próbuje ratować sytuację: ‘Pani Jasiu niech się pani nie boi, to bardzo porządni ludzie’. - pospuszczali głowy. ‘To niech jeszcze jedzie pani.’ - hołowa wskazuje na mnie, ale p. Jasia woli, by pojechał z nią p. Mikulski. Oni odjeżdżają, a my patrzymy za nimi.

Czekamy z niecierpliwością ich powrotu, w końcu są. Obejmujemy się p. Jasia płacze, ja również. Jasia mówi przez łzy: „Byłam p. Tereniu, koło samego krzyża, podjechaliśmy tam, a tu z lasu wyszło czterech w mundurach, hołowa wysiadł z samochodu podszedł do nich, a ja pod krzyż. Coś rozmawiali, stali i patrzyli, a ja klęczałam i cały czas płakałam – ale jestem szczęśliwa... Pomyślałam: ‘samotnie - jak Mater Doloroza pod krzyżem, a łotry patrzyli z boku.’”. Zobaczyła tyle swojej ziemi, co wystarczało na postawienie krzyża, który tydzień temu musiał być przesunięty o 300 m, bo był postawiony na ziemi nie tej gminy. Ojciec Leszek obiecał, że również poświęci ten krzyż. Ale już w innym czasie, pojadą z p. Franciszką Prus „ambasadorem” polskości na teren Włodzimierski i dokonają obrządku katolickiego. Dominopola tam dawno już nie ma, ale pozostanie chociaż krzyż upamiętniający, że była tu wioska polska, że mieszkali tu Polacy! W sercu zaś wciąż kołacze się niespokojna myśl: „A ci, co się w tym lesie ćwiczą - kogo mają zamiar teraz zabijać”?...

Przez cały dzień była piękna pogoda, lecz pod wieczór Włodzimierz pożegnał nas ulewnym kilkudziesięciominutowym deszczem. Szczęśliwi i pełni wrażeń powracamy do Zamościa. Wołyniacy się rozjeżdżają po Polsce. W niezwykłych okolicznościach spotkali się krewni i znajomi dopiero po 50 latach. [...].” Zainteresowanych całym reportarzem pani Teresy Radziszewskiej, odsyłam pod adres: www.osadnicy.org/049strona02.pdfa

To wszystko powyżej, a co tak pięknie opisała Terenia, było dla mnie, dla nas wszystkich, przeżyciem niezwykle mocnym, ale na tym nie koniec. Oto w kościele farnym we Włodzimierzu Wołyńskim, spotykają się po latach trzy swojczanki: Władysława Główka z d. Bedychaj, ja Petronela Władyga z d. Rusiecka i Jadwiga Pasikowska z d. Jarmolińska. Pamiętam że było to 09 sierpnia 1997 r., po tak wielu latach znów wszystkie razem we Włodzimierzu Wołyńskim. Można by rzec, to co niemożliwe do niedawna, stało się i owszem, jak najbardziej prawdziwe i relane. Ludzie powiadają: „Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem bywa.”. A ja sobie tak dumam, że po prostu trzeba chcieć, trzeba mieć w sobie tę miłość, która przezwycięża największe nawet trudności i lęki. Bywa wtedy właśnie że to, co niemożliwe, staje się nagle realne i osiągalne i to dla każdego.

 

ZAKOŃCZENIE

 

„Tam gdzie ziemia czarna i tłusta

Kipiącym tryska weselem

Lśni Wołyń – sen o przyszłości

Majestatyczny i dumny

Leży daleko, daleko

Nad samą graniczną miedzą

Ludzi o drogę nie pytaj

Ptaki ci drogę powiedzą.”

 

Jest to urywek wiersza z lat szkolnych, który po dziś dzień zajmuje poczytne, szczególne miejsce w mojej pamięci. Te niezapomniane słowa, zapomnianego przeze mnie autora, przypominają mi zawsze moją rodzinną okolicę i wioskę Swojczów. I choć ziemie wołyńskie przyłączone zostały do Związku Radzieckiego, a obecnie są częścią niepodległej Ukrainy, ja nawet po kilkudziesięciu latach, chętnie powracam tam myślami, wspominając swoją młodość.

Powyższe wspomnienia spisałam osobiście, już wiele lat wcześniej, moim gorącym pragnieniem było bowiem upamiętnienie, tych jakże głębokich przeżyć i cierpień mojej rodziny oraz tysięcy moich rodaków na Wołyniu. Chcę zaznaczyć, że to bardzo krótki zarys historyczny, dziejów mojej okolicy, ale cieszyć się trzeba i z tego dorobku. O zwyczajach, codzinnym życiu, kulturze i wychowaniu naszej młodzieży kresowej napisałam w tych wspomnieniach już wiele. W zakończeniu pragnę zaznaczyć raz jeszcze, z jak wielką miłością Kresowianie odnosili się do Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego oraz z czego to generalnie wynikało.

Ród Piłsudskich wywodził się z wielkoksiążęcej dynastii litweskiej, a nazwisko przyjęli potomkowie książąt od majątku Piłsudy w XV wieku. Rodzinne gniazdo Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego to Żułów. Sowieci zrobili jednak wiele, by to ważne historycznie miejsce, specjalnie „ozdobić”, dlatego w miejscu, gdzie stał szlachecki Dworek, dziś stoi sowchozowa obora z betonu. I tylko wiekowy dąb posadzony w październiku 1937 r. przez prezydenta Ignacego Mościckiego, pozostaje wciąż niemym świadkiem, wyjątkowości tego miejsca.

Matka Maria Piłsudska, była osobą wątłą i delikatną, często chorowała, ale za to była wielką patriotką. Dzieci swoje chowała w miłości do wszystkiego, co polskie, wspominała wielkie zrywy narodowe i powstania. Miała w sobie tą wiarę i głębokie przekonanie, że każde następne, przyniesie w końcu upragnioną wolność dla wszystkich. Miała gromadkę dzieci, ale najbardziej kochała „Ziutka”, tak bowiem nazywali od dziecka Józefa. Może także dlatego, że chłopak od wczesnego dzieciństwa, wrażliwy był na nędzę i krzywdę ludu. Już jako młody panicz, miał dobre słowo dla każdego. Pamiętał o ubogich w swoim postępowaniu, nie szczędząc drobnych datków. Urodzony po klęsce Powstania Styczniowego z 1863 r. i wychowywany w czasach, ciężkiej niewoli i wzmożonej akcji rusyfikacyjnej, chłonął wszystko, co przypominało o wielkości i bohaterstwie w dziejach I Rzeczpospolitej.

Tymczasem otaczające go życie, często przesycone było kłamstwem, tchórzostwem i wszchobecną kolaboracją, coś jak w dzisiejszym P.R.L.–u. W takich czasach i okolicznościach, tylko z literatury można było uczyć się miłości do ojczyzny, wspaniałego indywidualizmu, dumy, poczucia godności ducha i rycerskiego honoru. Może także dlatego, że Piłsudski czytał dzieła romantyków, sam stał się romantycznym zapaleńcem. Za młodzieńczą konspirację na wzór filomatów Mickiewicza dostało mu się 5 lat Sybiru. Piłsudski był jednak nie tylko bohaterem wywalczonej niepodległości w roku 1918, czy wojny obronnej w roku 1920, zwanej potocznie:  „Cudem na Wisłą”. Marszałek Piłsudski był świadomym twórcą najnowszej historii Polski, gdy odkrył społeczną rolę Rządu Narodowego. Wydawał rozkazy, skupiał wokół siebie ludzi, by potem odważnie wieść na bój, jak trzeba nawet śmiertelny. W walkach często dodawał ducha żołnierzom i kulom się nie kłaniał, ale w pierwszym szeregu ruszał na wroga, dowcipkując przy tym i tak hartując mężnego ducha.

W II Rzeczypospolitej często nawiązywał do I Rzeczypospolitej i strzegł, by oddawać cześć i honory, jeszcze żyjącym uczestnikom Powstań Narodowych. Starał się łączyć to, co chlubne z przeszłości, z tym co nowoczesne i z tym, co dopiero miało nadejść. Podczas słynnego przemówienia w Poznaniu 26 października 1919 r. powiedział, jakże znamienne dziś słowa: „Idą czasy, których znamieniem będzie wyścig za pracą, jak przedtem był wyścig żelaza i wyścig krwi. Kto do tych zawodów, bardziej przygotowany będzie, kto w tym wyścigu większe dowody wytrzymałości złoży, ten w najbliższych czasach będzie zwycięzcą, ten potrafi utrzymać to co zyskał, albo odrobić to co stracił.”. Jestem przekonana, że te mądre słowa Marszałka Piłsudskiego, na powrót trzeba głęboko przemyśleć i dziś, może właśnie szczególnie dziś. Nikt nas bowiem nie zwolnił i nigdy nie zwolni z odpowiedzialności za nasz kraj, za naszą rodzinę i ojczyznę. W tym duchu, oburzać winna absolutna bezkarność tych wszystkich, którzy dopuszczają się ciężkich nadużyć w naszym państwie. Wzrastająca coraz bardziej zależność państwa od wszystkich „tawariszów”, którzy zdążyli „nachapać się” kosztem naszego kraju i trzeba to powiedzieć jasno: kosztem w końcu nas wszystkich.

Wspomnę w tym miejscu jeszcze, że Bogdan Piłsudski zdołał wraz z starszymi córkami zbiec na zachód, gdyż bardzo obawiał się Sowietów i Ludowego Wojska Polskiego. Żona jego natomiast została w Polsce i zamieszkała pod przybranym nazwiskiem w Bydgoszczy. Raz jeden spotkała się jeszcze z naszym tatem, już po zakończeniu wojny w P.R.L.–u. Tato zachowywał to wszystko jednak w głębokiej tajemnicy i mnie także surowo napominał, bym tego nie ujawniała. Dziś po 50 latach czuję się zwolniona z tego przyrzeczenia. Sama mam już 70 lat i chciałabym, by te wspomnienia w formie historii, przekazane były naszym dzieciom, wnukom i prawnukom. Im wszystkim i następnym pokoleniom, chciałabym zadedykować tę piękną i mądrą strofę: „Pomyśl wnuku, że historia to nie tylko to, co w księgach. Żywą kartą są dziadkowie, ucz się od nich i pamiętaj.”.

Dziś znów, jak przed wiekami, trzeba nam bowiem tej wielkiej miłości do ojczyzny, trzeba nam znów matek z prawdziwego zdarzenia, wielkich patriotek „bez dwóch zdań”, jak potocznie mawiano na naszym, tak polskim i kochanym Wołyniu. Wychwujących swoje dzieci na 1000 letniej historii Polski, na żywej miłości bliźniego, jak siebie samego, a z dala wszelkiego rodzaju „róbta co chceta”, Palikotów, Dod, Wojewódzkich i innych podobnych modeli. Marszałek Józef Klemens Piłsudski zachował na zawsze wielką miłość do ukochanej Matki. I mimo że spoczął wśród Królów na krakowskim Wawelu, serce swoje kazał złożyć, u sóp ukochanej Matki. Na wojennym cmantarzu wileńskim „Rossa”, wśród prostych, żołnierskich mogił, położono piękną płytę z wyrytymi w czarnym granicie, bardzo znamiennymi słowami: „Matka i serce syna”.

Serdecznie dziękuję panu mgr. historii Sławomirowi Roch, który szczerze zainteresował naszymi wołyńskimi losami podczas II wojny światowej. A podczas wielu spotkań i rozmów w moim domu w Zamościu, uzupełnił moje wspomnienia (spisane własnoręcznie przed laty) o nowe fakty, zadbał zarazem o nową formę i bardziej czytelny, przystępny styl. Wspomnienia w tej nowej formie (I wersja – 26 stron), zostały mi zaprezentowane po przepisaniu na komputerze, w moim domu, w niedzielę Chrztu Pańskiego 11 stycznia 2004 r., a zawarte w nich treści, potwierdzam własnoręcznym podpisem.

 

Petronela Władyga - Rusiecka

 

ZIARNKO DO ZIARNKA I ZBIERZE SIĘ MIARKA

Poważne partie powyższyh wspomnień, zostały spisane zatem już w roku 2004,  aby rok później stanowić, ważny rozdział książki: „Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia”, której drugą wersję ukończyłem w maju 2005 r. w Zamościu. Egzemplarze książki przesłałem do kilku ważnych archiwów w Polsce, w tym na Jasną Górę w Częstochowie oraz na Katolicki Uniwersytet Lubelski w Lublinie (na KUL w 2009 r. , jako mój protest przeciwko nadaniu prezydentowi Ukrainy Wiktorowi Juszczenko tytułu doktora h. c.).

Całość wspomnień w powyższym wymiarze, zostaje opracowana i ukończona siedem lat później: 30 grudnia 2011 r. w Glasgow w Szkocji, w Uroczystość Świętej Rodziny. Na najnowsze opracowanie Wspomnień pani Petroneli Władyga – Rusieckiej złożyły się: a) „Wspomnienia Petroneli Władyga – Rusieckiej.....” z 11.01.2004 r. – 26 stron, b) „Wspomnienia Zofii Hasiak....” – ostatniego świadka mordów w Swojczowie, wysłuchane i spisane przez panią Petronelę, c) „Przeżycia własne i rodzinne.....” pani Petroneli i rodziny Rusieckich, po wyjeździe z Włodzimierza Wołyńskiego, spisane przez panią Petronelę, d) „Ostatnia droga ze Swojczowa...”, luźne wspomnienia i zapiski pani Petroneli, przekazane mi przed laty, e) „Wspomnienia.....”, ważna realcja o życiu rodzinnym i społecznym w Swojczowie do wybuchu II wojny światowej, którą osobiście wysłuchałem w domu pani Petroneli w Zamościu i zanotowałem w swoim zeszycie, f) Fragmenty relacji pani Teresy Radziszewskiej spisane 18.07.2003 r. pt.: „Tak rozpoczęlo się upamiętnianie Wołynia.”, g) Fragmenty reportarzu pani Teresy Radziszewskiej opublikowanego w Kresowych Stanicach na str. 49–52 w artykule p.t. „Umarli Zobowiązują Żywych”, h) Fragment wspomnień pani Marianny Bogdanowicz z d. Rusiecka spisanych przeze mnie 22.10.2003 r. w jej domu w Warszawie.

Losy rodziny Rusieckich, to losy jednego z najpiękniejszych rodów kresowych, w dziejach którego z pokolenia na pokolenia skupiają się, jak w soczewce losy wszystkich innych kresowych pokoleń. Od pracy dla I Rzeczypospolitej wielu Narodów, poprzez trudy, wyrzeczenia i cierpienia okresu Powstań Narodowych. Od wojennych zmagań poprzez pracę na rzecz dobrobytu i dla scalenia wszystkich części II Rzeczypospolitej, po 123 latach rozdarcia i nieobecności na mapach świata. Poprzez ciężką pracę, a potem koszmar demonicznej II wojny światowej, ból i cierpienie po utracie najbliższych oraz całego dorobku poprzednich pokoleń, włącznie z wygnaniem z umiłowanej ojczyzny. Poprzez ciężką pracę, ból i liczne wyrzeczenia w powojennej, znów zniewolonej przez komuchów Polsce. Aż po dzień dzisiejszy kiedy, już w wolnym kraju, w III Rzeczypospolitej, jak mawiają, pomimo upływu kilkudziesięciu lat ciężkiej pracy i modlitwy usłyszeć, że w tej bitwie zwyciężyli, ale wojna wcale się nie skończyła. Albowiem odwieczna walka ze złem i kłamstwem, ta będzie trwała wciąż, ale tą walkę muszą już podjąć następne pokolenia Rusieckich, Bedychajów, Brzezickich, Różyckich, Turowskich, Sienkiewiczów, Zymonów, Uleryków, Sobolewskich, Piaseckich, Rochów, Doleckich, Dębskich, Południweskich, Szewczuków, Adamkiewiczów i Karłowiczów oraz wielu, wielu innych, a zacnych rodów i rodzin kresowych.

Aktualność tego wyzwania potwierdzają fakty prasowe i liczne zdjęcia, dokumenty i relacje ustne wielu świadków. Oto tam po drugiej stronie rzeki Bug, na naszej ojczystej Ziemi, na Ziemi Ojców, na Wołyniu, Podolu i Pokuciu, dziś w majestacie prawa i z błogosławieństwem także Ukraińskiej Cerkwi Katolickiej, oprawcom naszych Ojców, Matek, Braci i Sióstr stawia się okazałe pomniki, zbrodniarzy nazywając bohaterami. Imiona zbrodniarzy wpisuje się w nazewnictwo ulic i placów wielkich i małych miast, co więcej czyni i nazywa się tych zwyrodnialców, o zgrozo honorowymi obywatelami większych i małych miast, począwszy od Lwowa, aż po Żółkiew.

By nie być gołosłownym, można w tym miejscu przytoczyć już setki artykułów z prasy oraz wskazać masę opracowań w internecie. Skupmy się jednak tylko na jednym z ostatnich, autorstwa Mariusza Kamienieckiego, a opublikowanym w Naszym Dzienniku 02 stycznia 2012 r. . Tytuł krótkiej notki: „Panteon Bandery” , czytamy w niej: „We Lwowie odsłonięto wczoraj ‘panteon chwały’ poświęcony Stepanowi Banderze, którego pomnik zajmuje centralne miejsce budowli. Łuk Triumfalny ku czi Bandery podtrzymują cztery kolumny. Każda ma symbolizować inny okres ukraińskiej historii: książęcy, kozacki, Ukraińskiej Republiki Ludowej oraz współczesny. Odsłonięcie samego pomnika Bandery odbyło się 13 października 2007 r.. Monument, który znajduje się nieopodal dawnego kościoła św. Elżbiety, jest największą na Ukrainie budowlą poświęconą temu zbrodniarzowi, który na zachodniej Ukrainie jest traktowany jako bohater i bojownik o niepodległość państwa, a jego upamiętnienia powstają bardzo szybko.

Sam Bandera ma szereg pomników i tablic, a jego imieniem nazwano ulice w większości miast. Na zachodniej Ukrainie jest co najmniej kilkadziesiąt upamiętnień poświęconych Banderze. W obwodzie lwowskim są m.in. w Borysławiu, Drohobyczu, Mościskach, Stryju, Truskawcu czy Starym Samborze. W obwodzie tarnopolskim m.in. w Tarnopolu, Brzeżanach, Buczaczu, Zaleszczykach, Krzemieńcu, w Werbowie, Kozówkach i Strusowie, z kolei w obwodzie iwanofrankowskim: w samym Iwano-Frankowsku, Kałuszu, Kołomyi, w Horodenkach, Hrabinkach, Uhrynowie Starym czy Berezowie Średnim. Legenda o tym zbrodniarzu, który ma na sumieniu, co najmniej sto tysięcy niewinnych i w większości bezbronnych istnień ludzkich, przeżywa prawdziwy renesans, a zbrodnicza OUN-UPA, której przeowdził, wciąż pozostaje wzorcem ideowym tzw. patriotycznego wychowania.

W 2010 r. Bandera otrzymał od ustępującego prezydenta Juszczenki tytuł honorowego obywatela Ukrainy. I choć tytuł ten na skutek protestów i na wniosek obecnego prezydenta Janukowycza został uchylony prawomocnym orzeczeniem Okręgowego Sądu Administracyjnego w Doniecku, to fakt pozostaje faktem i świadczy o próbie rehabilitacji członków OUN-UPA na Ukrainie.”

Odnosząc się do istotnych problemów, opisanych powyżej, pan dr. Andrzej Zapałowski, prezes Przemyskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego, w wywiadzie dla Naszego Dziennika z 04 stycznia 2012 r., tak podsumował: „[...] Uważam, że polskie MSZ nie powinno tego lekceważyć w interesie polskiej racji stanu. Konieczne są zdecydowane reakcje, że Ukraina nie może iść dalej w tym kierunku. Jeżeli władze Lwowa i obwodu lwowskiego budują szereg pomników Bandery, którego upamiętnienia są obecne niemal w każdej gminie zachodniej Ukrainy, to mamy do czynienia z kultem, który docelowo ma być większy, niż kult samego Józefa Stalina. To już nie ma nic wspólnego z polityką historyczną, to jest już obsesja, która jest niebezpieczna także dla Polski jako sąsiada Ukrainy. Wystarczy tylko wspomnieć neonazistowską spadkobierczynię ludobójców z OUN-UPA, ukraińską partię Swoboda, której struktury lwowskie m.in. kwestionują granicę z  Rzeczpospolitą Polską. Obawy budzi też stosunek do mniejszości narodowych, do obcych. Ten element wciąż się przewija w zachowaniu i wychowaniu młodego pokolenia. Zamiast z wygaszaniem napięć mamy do czynienia z podsycaniem wrogich nastrojów, co musi budzić obawy. Jakie bowiem wnioski ma wyciągać młody człowiek, skoro wpaja mu się do głowy, że mordowanie niewinnych ludzi jest aktem patriotyzmu.”.

Na uwagę zasługuje także uchwała Społecznej Fundacji Narodu Polskiego z dnia 05 stycznia 2012 r. w związku z szeroko zakrojoną akcją obchodów 103 rocznicy Stepana Bandery na Ukrainie, w której czytamy: „.....wyrażamy głębokie oburzenie faktem całkowitego milczenia na ten temat oficjalnych czynników Rzeczypospolitej Polskiej, a także milczeniem tzw. elit oraz mediów opiniotwórczych, które w wielu innych sprawach, często marginalnych, z wielkim zaangażowaniem demonizują polskie winy i polską odpowiedzialność. Nie protestują: Prezydent, Premier, szefowie partii politycznych, ale nie protestują również kręgi intelektualistów w innych sprawach znane z doskonałej sprawności w organizowaniu protestów np. przeciwko upamiętnieniu ofiar banderowskiego ludobójstwa na narodzie polskim.

Stepan Bandera był jednym z największych zbrodniarzy XX wieku i to zbrodniarzy nierozliczonych, nie ukaranych. Jako przywódca Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (b) ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za jej zbrodniczą ideologię i za jej okrutną realizację przez tzw. Ukraińską Powstańczą Armię. Po II wojnie światowej Bandera prowadził działalność agenturalną na rzecz różnych wywiadów, z wywiadami Wielkiej Brytanii i Republiki Federalnej Niemiec na czele, zachowując faszystowską ideologię i stosując brutalne metody walki politycznej.

Gloryfikowanie tego zbrodniarza w XXI wieku w demokratycznym państwie ukraińskim aspirującym do członkowstwa w strukturach europejskich oraz milczenie na ten temat władz państwa polskiego jest rzeczą niedopuszczalną i skandaliczną.

W tym kontekście, za hipokryzję należy uznać działania Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa, którego uczestnicy, podczas posiedzenia w Warszawie w dniach 20-21 grudnia 2011 r., zaproponowali ustanowienie Dnia Pamięci i Pojednania Ukraińców i Polaków. Propozycja ta stoi w jawnej sprzeczności z formułowanym od lat postulatem środowisk kresowych ustanowienia 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian. Ewentualne przeforsowanie tego pomysłu będzie oczywistym zakłamywaniem rzeczywistości. Trudno bowiem mówić o pojednaniu w sytuacji rozwiniętego i postępującego procesu gloryfikacji Stepana Bandery, jego współpracowników i organizacji OUN i UPA, już nie tylko w zachodniej części, ale na całej Ukrainie. Trudno mówić o pamięci ofiar, jeśli mordercy są stawiani na piedestał. Przemilczanie prawdy, zamykanie oczu na to, co się faktycznie dzieje, nie jest drogą do pojednania i pamięci.”

Uchwałę tę podpisali: Prezes Fundacji dr Lucyna Kulińska, Przewodniczący Kresowego Ruchu Patriotycznego płk Jan Niewiński, dowódca samoobrony przed atakami „rezunów” w Rybczej na Wołyniu oraz Prezes Klubu Inteligencji Polskiej dr Dariusz Grabowski. I właśnie po temu także, ma służyć spisywanie wspomnień i relacji rodzinnych, naszych rodzin kresowych. By dziś, ale także w przyszłości, nie zagasła pamięć w naszych rodzinach na Kresach, by trwała pamięć o Tych wszystkich, którzy tam pozostali już na wieczną wartę. Nie pomarli bowiem Ci, którzy żyją w pamięci Narodu.

 

 

Na koniec trzy istotne kwestie:

1. (to ważne wyjaśnienie): w większości źródeł nazwisko polskiej rodziny Bedychaj, licznie zamieszkującej okolice Swojczowa pisze się: „Bydychaj”. Jednak nestorka tego zasłużonego Rodu pani Władysława Główka z d. Bedychaj, która przestudiowała b. wiele materiałów i źródeł, była zdania że właściwą formą jest pisownia: „Bedychaj”. Rozmawiałem z nią osobiście, o tej niezgodności, gdyż nawet dla mnie, jako wyłącznie historyka, było to lekko kłopotliwe. Zatem rozmawialiśmy o tym wiele razy w jej domu w Zamościu i tylko na zdecydowaną prośbę i życzenie Pani Władzi, wymieniam to nazwisko właśnie w formie: „Bedychaj”. Piszę o tym w duchu odpowiedzialności za wszystkich, dla których jest to ważne.

2. (to ważna uwaga) Pani Petronela Władyga – Rusiecka z wielką estymą, żeby nie powiedzieć miłością, odnosi się do Marszałka Józefa Piłsudskiego. Jest to jak najbardziej zrozumiałe, gdyż na Kresach wiedziano tylko o tym, co dobre i chwalebne w życiu Marszałka Polski. Życie tymczasem niosło ze sobą, wszakże dużo bardziej skomplikowane relacje, jak się okazuje. Można i warto o tym przeczytać w b. interesującym opracowaniu pani Teresy Bloch p.t. „Józef Haller – człowiek czystych rąk i serca (1873 – 1960)”. O tym z kolei piszę w duchu odpowiedzialności za historyczną prawdę, adres w internecie: www.npw.pl/ARCHIWUM_...

3. (to podziękowanie) W pierwszym okresie spisywania wspomnień do książki, korzystałem z pomocy wielu świadków tamtych wydarzeń, poprosiłem ich wtedy także o opinię o mojej pracy. Dziś gdy wiele relacji trafiło już do archiwów w Polsce i na całym świecie, w tym do USA i do Wielkiej Brytanii, a b. wiele opublikowanych zostało w internecie, dostępnym w każdym zakątku świata. Pragnę przywołać dwie z tych opinii na nowo i podziękować za złoże we mnie, przed laty zaufanie. Pani Petronela Władyga – Rusiecka 02 grudnia 2003 r. w Zamościu: „Pana Sławomira Rocha znam już od dwóch lat. Cieszę się, że zainteresował się historią mojej parafii w Swojczowie. Uważam że jest osobą energiczną, która nie szczędząc swoich sił, spisuje  wspomnienia naszych rodzin z Wołynia. Jestem przekonana, że warto mu zaufać i pomóc, choć mam świadomość, że niestety mało osób odpowie na ten apel. Trzeba jednak mieć nadzieję i dlatego przyłączam się do jego starań i zachęcam wszystkich ludzi dobrej woli, by poszli w moje ślady. Petronela Rusiecka”.

Pani Władysława Główka 02 grudnia 2003 r. w Zamościu: „Wyrażam wdzięczność panu Sławomirowi Roch za zainteresowanie się naszą parafią w Swojczowie oraz losami naszych wołyńskich rodzin. Podczas wielu spotkań w moim domu zauważyłam, że jest człowiekiem szczerym, prawdomównym i skromnym. Nasze wspólne upamiętnianie tamtych dni, utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest człowiekiem godnym zaufania. Wierzę że dzieło które rozpoczął, doprowadzi sumiennie do końca. Całym sercem błogosławię jego pracy i powołaniu. Władysława Główka z d. Bedychaj.”.

 

NA BRZEGU STOJĄ I NA KSIĘDZA CZEKAJĄ

Pozostaję w kontakcie z wieloma osobami z Polski, które wciąż nadsyłają swoje relacje i uzupełniają ważne informacje o losach swoich najbliższych, na których wspomnienia natrafili w Internecie. Osoby te mając dostęp do nowych, nieznanych mi jeszcze faktów, nadsyłają bardzo cenne meteriały, które ja uważnie zamieszczam w książce. I tak z Bożą pomocą, wciąż rozrasta się ta, bezcenna praca: „Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia”, o losach mieszkańców katolickiej parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Swojczowie, podczas ostatniej II wojny światowej.

Powyższe wspomnienia pani Petroneli Władyga – Rusieckiej ze Swojczowa, zostały opracowane na użytek internetu. Zdaję sobie sprawę, że i to opracowanie nie jest jeszcze w pełni profesjonalne, ale na pewno bardziej dostępne dla potencjalnego czytelnika, a przez to, więcej użyteczne. Pragnę w ten sposób również, gorąco zachęcić wszystkich, żyjących jeszcze parafian ze Swojczowa i okolic, ale nie tylko, także z całego Wołynia i Kresów do spisania swoich wspomnień, przeżyć i doświadczeń z tamtych, jakże pięknych, a potem jakże dramatycznych lat. Raz dlatego, by dziedzictwo i ciężka praca naszych przodków, nigdy nie była puszczona w niepamięć, a dwa by Ci wszyscy, którzy pozostali tam już na zawsze, w końcu doczekali się choćby, prostego krzyża katolickiego na swojej, jakże często zapomnianej, już dziś niestety mogile.

By i tu nie być gołosłownym przytoczę relację pana Janusza Horoszkiewicza opublikowaną 25 maja 2011 r. na stronie bloga ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego p.t. „Miejsce kaźni na Wołyniu”. Pod znakomitym zdjęciem dokumentującym trzy osoby i miejsce zbiorowej „mogiły”, by z szacunku dla zmarłych nie napisać: „dołu śmierci”, jest zapisane: „Pani na zdjęciu na własne oczy widziała stosy ciał tam wrzuconych, a potem jej tata przysypywał je ziemią, bo dzikie zwierzęta je wywlekały. Opowiadała i płakała. Kilka dni przed moim przyjazdem miała sen: ‘.....szła i zobaczyła że koło dołu stoi jej nieboszczka mama, podeszła i patrzy, a dół pusty i suchy, pyta się mamy gdzie Polacy? Mama jej odpowiada: - patrz nie widzisz na brzegu stoją, - a za czym oni stoją, pyta córka i słyszy - na księdza czekają!’ Tak jej mama nieboszczka odpowiedziała. To było niezmiernie wzruszjące. Czas i tam krzyż postawić i księdza przywieźć, niech Ich pochowa, wystarczająco długo czekają. Janusz Horoszkiewicz ”. Zdjęcia z tego miejsca, tak cenne wykonał pan Jerzy Horoszkiewicz. Dla uściślenia podaję, że opisany powyżej „dół śmierci” znajduje się w miejscowości Chołoniewicze na Wołyniu, obecnie jest tam dzika łąka, a na mogile Polaków stoi stale woda, do nabliższych zabudowań jest około 100 m.

Z woli Bożej Opatrzności w święto Matki Bożej Szkaplerznej 16 lipca 2011 r. w miejscu mordu na rodzinach okolicznych ziemian, koło „dołu śmierci” (miejsce wskazała 13-letnia wówczas Ukrainka, Natalija Sokołeć z d. Słuczyk), nabożeństwo odprawił i poświęcił krzyż ks. biskup Marcjan Trofimiak, ordynariusz diecezji łuckiej. I cóż można w tym miejscu wyrzec? Jeno raz jeszcze westchnąć z głębokości swej duszy do Pana, to gorące wezwanie Bł. Jana Pawła II Wielkiego: „Bogu dziękujcie, Ducha nie gaście”, bowiem ile to jeszcze Wspólnot Kresowych i w jak wielu miejscach, wciąż od 70 już lat, czeka na swego kapłana?

 

Mgr historii

Sławomir Tomasz Roch

 

Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :
Kreator IAP - (C)opyright by Interaktywna Polska